29 sierpnia 2014

Nie pokazuj jak piszesz, a powiem ci, czy odniesiesz sukces

Z mojego doświadczenia wynika, że osoby, które piszą, starają się, pocą nad stronami, bardzo nisko oceniają swój talent, najlepiej pisaliby do szuflady i nigdy nie pokazywali tego, co wyszło spod ich pióra, bo krytyka zniszczyłaby ich kruche ego, wbiła w serce dziesięć tysięcy ostrych sztyletów.

Ba! Sama należałam do tego grona, dlatego się mądruję. Coś się jednak zmieniło. Broń boże, nadal nie śmiem nazywać się pisarką. Może jak opublikuję pięć powieści (bez współfinansowania), może jak zarobię na pierwsze mieszkanie (znaczy drugie, ale pierwsze z pisania).

Dusze artystyczne, kreatywne to introwertycy, którzy bardzo boją się zranienia. Nie wszyscy, ale moje obserwacje w najbliższym gronie koleżanek, dla których pisanie jest życiową pasją, to potwierdziły.

Daleko mi jeszcze do pełnej pewności siebie, ale zrobiłam duży postęp i jako niewiele znacząca osoba, zupełnie nikt w galerii autorytetów, mogę powiedzieć, co mi pomogło. A nuż pomoże i tobie.

początkujący pisarze
Źródło: New Old Stock

28 sierpnia 2014

Głupia byłam

I wcale nie zmądrzałam, ale przynajmniej podjęłam męską decyzję.

Kierowałam się kiedyś zasadą, że każdą książkę muszę przeczytać do końca. Nieważne jak była nudna, jak bardzo nie trafiała w mój gust, jakie męki przeżywałam, czytając. Dawałam jej jedną, drugą i trzecią szansę. Rezygnowałam z ciekawszych zajęć, jak umycie podłogi czy zrobienie prania, i z bólem w skroniach, mówiąc pięknemu światu wokół "papa", ślęczyłam nad utworem, który dawno powinnam zamknąć i wyrzucić do śmieci.

Autor: Jukka Zitting, źródło: flickr.com
To może cię wkurzyć, zwłaszcza gdy wymienię twoje absolutnie ulubione lektury, ale mówi się trudno. Gdybym wcześniej podęła swoją męską decyzję, nie męczyłabym się do końca nad Kaprysikiem. Damskimi historiami Mariusza Szczygła, czyli małą różową książeczką, którą Szczygieł napisał chyba tylko po to, żeby sobie dorobić. Nie załamaływałabym rąk nad Głosem pana Stanisława Lema, o którym w kajeciku napisałam wielkimi literami: ZA DUŻO GADANINY, ZA DUŻO TEORETYZOWANIA, ZA DUŻO FIZYKI, ZA DUŻO CHEMII, ZA DUŻO FILOZOFII, NUĄŻCE I MĘCZĄCE. A, i jeszcze: "bohater przedstawia się tak, że od początku go nie lubię."

Nie zmuszałabym się do docenienia Pióropusza Mariana Pilota, bezdialogowego, powolnego utworu, którego specjalnością zakładu jest męczący strumień świadomości. Nie starałabym się na siłę zostać koneserką Umberto Eco, którego Tajemniczy płomień królowej Loany uświadomił mi jedynie, że jestem za głupia i za mało oczytana, a o Cmentarzu w Pradze napisałam w zeszycie "NUDA! RAMOTA! Po co ja to w ogóle czytałam?"

Wreszcie nie gnębiłabym się Klarą Izy Kuny, której cechami szczególnymi jest zero akcji, za to plus nieskończoność wulgaryzmów. Jeszcze gorsza okazała się Przenajświętsza Rzeczpospolita Jacka Piekary, gdzie podczas lektury miałam ochotę wymiotować. W życiu nie czytałam tak obleśnej książki, zarazem pierwszej, którą postanowiłam oddać chętnemu i nigdy nie żądać zwrotu. Niestety do dziś nie znalazłam na nią amatora.


25 sierpnia 2014

Co tam stara?

Czytałaś kiedyś książkę Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus? Ja też nie, dlatego o tej książce ani słowa.

Lubię jednak czytać o kobietach i mężczyznach, zawsze mogę dowiedzieć się o sobie czegoś nowego (niekoniecznie pochlebnego ;-) ). Lubię czytać takie felietony, zwłaszcza gdy są napisane z jajem i luzem. 

Tak pisze Kasia Miller. Trafia w dziesiątkę, śmieje się i rozśmiesza czytelnika. Nie przynudza, nie katuje profesjonalnym żargonem. 

Przeczytałam kilka jej zbiorów. Wszystkie chłonę jedną dziurką od nosa. Są świetne. Jak pies z kotem to zapis rozmów kobiety Kasi Miller (psychoterapeutki, felietonistki "Zwierciadła") z Miłoszem Brzezińskim (psychologiem, trenerem rozwoju osobistego) na temat kobiet i mężczyzn, podobieństw i różnic między nimi.

Podczas rozmów na stronicach "psa i kota" padło rewelacyjne stwierdzenie na temat tego, dlaczego, choćbyśmy się upierali, pewne role w związku mężczyzny i kobiety są po prostu niemożliwe. Chciałabym powiedzieć, że jednak są, że to duże uproszczenie, że sama tworzę związek partnerski, przyjacielski, ale gdy wczytać się w poniższy fragment, gdy pomyśleć o relacji, tajemnicy, niegasnącym ogniu, pożądaniu, wydaje mi się on bardzo prawdziwy.

Żadna kobieta nie będzie mężczyzną-kumplem (...). Nie wymagajmy od osób i zjawisk, żeby były tym, czym nie są, i sprawdzały się tak samo jak oryginał. Jak sobie przyświecam czasem gdzieś telefonem, w nocy, to nie mam pretensji, że nie świeci jak halogen. Jak się cierpi i chce się mieć kolegów, to trzeba mieć kolegów i tyle, a nie zagadywać żonę: "Co tam stara? Po piwku?" i bekać podczas seriali.

Ok, jako mężczyzna w ciele kobiety, zdarza mi się usłyszeć "Co tam stara? Po piwku?". Zdarza mi się też powiedzieć "stary, stary, stary...", ale na tym, by nie chodzić w wypchanym dresie i nie bekać na filmie jednak odrobinę mi zależy.

22 sierpnia 2014

Czy sieciówka jest dobrym miejscem do pisania?

Jeśli nie masz ukochanego dębowego biurka, wypasionego sprzętu ani w ogóle jakiegokolwiek pisarskiego kąta w domu, musisz szukać alternatywnych rozwiązań.

Czy sieciówka to dobry wybór?

Miałam kiedyś treningi na 18:45 na Żoliborzu. Pracuję na Mokotowie do 16:00, mieszkam jeszcze kawałek dalej w stronę Ursynowa i najgłupszą rzeczą, myślę że całkiem logicznie, wydawało mi się wracanie do domu, by przysiąść chwilę na kapanie, spakować torbę i wyjść. 

Dlatego brałam sprzęt ze sobą i po wyjściu z pracy kierowałam się gdzieś w stronę hali, ale nie do miejsca przeznaczenia, bo co to za przyjemność siedzieć w korytarzu, w którym echem odbija się radio ciecia. Raz to przetestowałam i rozbolała mnie głowa.

Zazwyczaj zaszywałam się więc w KFC na rogu al. Solidarności i Jana Pawła. Obowiązkowo notes, ołówek, wszelkie potrzebne pisarskie narzędzia i polowałam na miejsce na antresoli. 

Jest tam taka mała antresola. Z tego, co pamiętam na 4, może 6 stolików. Po obu stronach stolików są całkiem wygodne fotele zdolne pomieścić półtorej osoby. Idealnie. Można się rozwalić, mało ludzi wokół, nikt się nie przysiądzie. A, no i jest wolny fotel na torbę z gratami sportowymi, a nie lubię, kiedy mi się brudzi.

Muzyka? Jakoś mi nie przeszkadzała. Nie wiem, może nie puszczają jej zbyt głośno. A w razie gdyby, mogłam wziąć słuchawki i włączyć coś swojego na komórce. Słuchawki pchełki idealnie sprawdzają się w takich sytuacjach, ponieważ nie dość, że rozbrzmiewają twoją, czyli znośną, muzyką, to izolują dźwięki z zewnątrz. Uwaga: nie wolno słuchać zbyt głośno, żeby nie uszkodzić sobie słuchu. Jest taka zasada: jeśli słyszysz muzykę gościa, który stoi nieopodal, znaczy że na starość będzie się po sto razy dopytywał: "Możesz powtórzyć?"

W KFC powstały lepsze i gorsze teksty, ale mam to tego miejsca sentyment. Z braku laku działało naprawdę inspirująco. Nie jestem wybredna i nie potrzebuję do pisania w restauracji perliczki ani prywatnej loży. Przy okazji raz na jakiś czas (bo przecież nie co tydzień ;-) ) mogłam wsunąć ukochanego Twistera i podpatrywać ludzi. A nuż ktoś poda mi na tacy temat na opowiadanie. Takiej czerwonej, plastikowej.

A wy macie jakieś swoje ulubione pisarskie miejsca w mieście?

gdzie pisać
źródło: Picjumbo


21 sierpnia 2014

Awantura o karakuły

Znalazłam wczoraj transkrypcję takiej oto rozmowy (autentyk). Aby ochronić tożsamość i dobre imię postaci, imiona zostały zmienione :-)


Bolek rozwiązuje krzyżówkę. Tola zagląda mu przez ramię. Bolek, wkurzony, zasłania hasła.

Tola: Dlaczego nie chcesz pokazać mi krzyżówki?
Bolek: Bo nie.
Tola: No weź!
Bolek: Nie, bo ja robię krzyżówkę dla przyjemności, a nie na czas.
Tola: To chodź, razem zrobimy krzyżówkę dla przyjemności.
Bolek: Nie, bo zamin ja przeczytam pierwszą literę, ty już odgadniesz wszystkie hasła.
Tola: Nie zrobię tego. Obiecuję. Podam hasło tylko wtedy, gdy zapytasz.
Bolek: No dobrze. Hmm... - czyta w myślach hasło.
Tola: Karakuły!!!

Bolek obrzuca Tolę morderczym spojrzeniem.

Tola: No co?! Przecież spytałeś! Słyszałam znak zapytania w twoim "hmm..."

źródło: New Old Stock

19 sierpnia 2014

Stambulskie modnisie

W Turcji wybuchła niedawno afera uśmiechowa. Wicepremier Bulent Arinc stwierdził, że kobieta "nie powinna śmiać się głośno przed wszystkimi, powinna koniecznie cały czas zachowywać przyzwoitość."

Partia rządząca Turcją znana jest z tego, że forsuje program ponownej islamizacji kraju. Po tym, gdy dziewięćdziesiąt lat temu Ataturk powołał świecką republikę, atrybuty religijne zostały usunięte ze sfery publicznej i zepchnięte do życia prywatnego. Tymczasem premier Erdogan i jego ludzie na powrót wprowadzają islam do polityki. 

W ubiegłym roku partia rządząca zniosła zakaz zasłaniania włosów chustą w instytucjach państwowych, twierdząc że blokowało to karierę polityczną pobożnych muzułmanek, które bez chusty nie mogłyby  pojawić się w rządzie.

Zastanawiające, na ile nowy przepis odpowiada na potrzeby kobiet, a na ile jest realizacją osobistych celów politycznych. Zwłaszcza w kontekście afery uśmiechowej i skandalu korupcyjnego, który wybuchł w najbliższym otoczeniu premiera.

Dość powiedzieć, że nawet w przewodnikach możemy wyczytać, iż niegdyś porównywany do kosmopolitycznego Nowego Jorku Stambuł stał się cichszy. Popularne gejowskie lokale zamknięto na trzy spusty, kluby zaczynają świecić pustkami. Chyba że zapełniają je turyści, którym, póki co, wszystko wolno.

Nie pytałam Turczynek o ich opinie na temat chust, zauważyłam jednak, że noszenie tego religijnego atrybutu zdaje się nie sprawiać im żadnego problemu. Więcej, uczyniły z chust wyjątkowy dekoracyjny element, który potrafi wyróżnić je z tłumu. Podczas gdy ja czułabym, że nakaz noszenia chusty pozbawia mnie możliwości wyrażania siebie, one właśnie chusty i towarzyszące im szaty uczyniły atrybutami mody. Kolorowymi, błyszczącymi, odróżniającymi. Polska ulica mogłaby się od nich uczyć.

Stambuł moda
Perfekcja koloru i motywu

18 sierpnia 2014

Jak nie spać do trzeciej nad ranem, czyli "Gwiazd naszych wina" Johna Greena



gwiazd naszych wina


Autor i tytuł: John Green. Gwiazd naszych wina
Klasyfikacja: wysmakowany wyciskacz łez
Moja ocena: 6/6
Treść: przeczytaj tutaj







Co myślę o tej książce?

Gwiazd naszych wina to powieść, której nie polecam czytać w nocy, zwłaszcza gdy masz na ósmą do pracy. Nie uda ci się od niej oderwać.

"To nie jest książka o raku, bo książka o raku to lipa" - tak zaczyna się ulubiona powieść Hazel. Hazel choruje na raka tarczycy, z przerzutami na płuca, jej głównym towarzyszem jest butla z tlenem i specjalne wąsy w nosie. Jest szesnastolatką, lubi czytać, nie chodzi do szkoły od trzech lat, ponieważ w jej środowisku obowiązuje tradycja wycofywania ze szkoły dzieci, których nie da się już wyleczyć.

Hazel nie cierpi chodzić na spotkania grupy wsparcia, ale. Jej mama robi dla niej wszystko, więc Hazel robi coś czasem dla mamy. Idzie na spotkanie i... poznaje Augustusa.

Gwiazd naszych wina to absolutnie piękna opowieść o miłości, o rodzicach, którzy poświęcają życie dla chorych dzieci, o tym, co mówią, co przed nimi ukrywają. O próbach bycia normalną nastolatką, gdy jest to niemożliwe. O przyjaźni, o stracie, o radzeniu sobie z nieuniknioną śmiercią, własną i najbliższych. O spełnianiu marzeń, o Cudzie, o Gdzieś, o tym, co jest później, co jest w niebie, że wszechświat chce, byśmy go zauważyli. O tym, co robimy, gdy nie chcemy kogoś zranić. O tym jak się nie poddawać, gdy te słowa zaczynają być irytujące. O pięknie drobnych chwil, o poznawaniu świata, który jest najbliższy, namacalny, o szczegółach.

Green perfekcyjne kreśli bohaterów, są głębocy, pełni sprzeczności, rozdarci, zakochani, są zwykłymi ludźmi w niezwykłej sytuacji. Przy okazji mają w sobie nieskończone pokłady humoru. Ich rozmowy to urocze intelektualne przepychanki, zwłaszcza gdy dotyczą tzw. "bonusów rakowych".

Nie pamiętam, czy jako szesnastolatka mówiłam w podobny sposób, ale to absolutnie nie przeszkadza w odbiorze lektury. Uprzedzam tylko, żeby na jakieś pięć rozdziałów przed końcem zaopatrzyć się w paczkę chusteczek higienicznych. Taka książka to must-read. Przeczytaj koniecznie i powiedz, co o niej myślisz.

Ulubione cytaty

Flirtował każdą sylabą.

Lubiłam być żywym człowiekiem. I chciałam nim pozostać.

- Co się wydarzyło?
- Podczas pocałunku?
- Nie, między tobą a Caroline.
- Och - zrozumiał. A po sekundzie: - Życie nie jest już jej dolegliwością.

Ps. To cytaty z początku książki. Potem tak się wciągnęłam, że zapomniałam o zaznaczaniu czegokolwiek.

14 sierpnia 2014

Obawiam się, że nie jestem Frankiem

Czy można być facetem ze sztuczną głową, jeśli się tego bardzo pragnie?

Kojarzycie ten film "Frank", który niedawno leciał w kinach? W tytułowej roli występuje Michael Fassbender. Przez cały film lata w wetkniętej na łeb gigantycznej głowie z papier mache. Frank jest wokalistą alternatywnej kapeli, grającej muzykę w stylu Radiohead ze środkowego okresu, tylko jeszcze bardziej porąbaną.

Narratorem historii jest niejaki Jon, który próbuje muzykować, ale jest żałosnym rzemieślnikiem, którego utwory rodzą się jak wymiotowane resztki żółci, w bólu, ze zwieszoną głową, spuchniętymi oczami i przodem koszuli upaćkanym niestrawionymi chipsami i ogórkiem.

Jego teksty są lepsze co najwyżej od przedszkolnych rymowanek, a muzyka po przyspieszeniu taktu okazuje się być numerem, który przez całe lato leciał w radiu. Zupełnie inaczej niż Frank.

Wokalista o sztucznej łepetynie potrafi improwizować na temat farfocla z narzuty, tak że po chwili uświadamiasz sobie, że opowiada całe twoje życie. Po usłyszeniu trzech dźwięków wymyśla taką melodię, że, stary, to najlepsza rzecz, jaką w życiu słyszałeś.

W pierwszej scenie Jon, zanim w wyniku tragikomicznego zbiegu okoliczności zostanie członkiem kapeli Franka, idzie sobie ulicą i próbuje wymyślić tekst na podstawie oglądanych po drodze obrazów, mijanych ludzi. Wychodzi mu to żałośnie. Naprawdę. To wersy w stylu "kobieto w czerwonym płaszczu...".

Do czego zmierzam?

Otóż w środę zafundowałam sobie spacer z pracy do domu, 4,5 km bardzo ruchliwą ulicą, setki mijanych obrazów i osób do obserwowania. Szłam i zastanawiałam się, o czym napisać kolejną notkę na bloga. Szłam i powtarzałam w myślach "kuśtykająca dziewczyna z colą", "dziecko z serduszkiem na twarzy", "babka z głową wbitą patelnią miedzy ramiona", "chłopak trzymający papierosa żarem do dołu". Rozumiesz, o co mi chodzi?

Obawiam się, że jestem takim samym udręczonym rzemieślnikiem jak Jon. Nigdy nie będę Frankiem. Nie potrafię wpaść na błyskotliwy splot słów, nieziemską metaforę, głęboką myśl, która zmieni czyjeś życie. Rodzę w bólach i inspiruję się kobietą z głową wbitą patelnią między ramiona. Jakie to przełomowe! Czytelnicy padną na kolana!

Po chwili minęłam dzieciaka z wózkiem. Rozbawił mnie jego niekonwencjonalny wygląd. A potem pomyślałam, że może najwyższy czas udać się do sklepu z kostiumami i poszukać czegoś dla siebie. Może mają tam jakieś głowy w dobrej cenie.

Frank


12 sierpnia 2014

Pamiątka po babci



Moja babcia dożyła sędziwego wieku w swoim domku dla czterech rodzin, z podwórkiem, na którym zaanektowała aż trzy miejsca na ogródki. Pamiętam malwy, margarytki, lilie, nagietki i bratki. Pamiętam wakacje w metalowej balii, na słońcu, hamak z koca i sałatki z trawy. Pamiętam, jak przenosiłam winniczki, żeby nie właziły na chodnik. Pamiętam monotonne terkotanie maszyny do szycia i pochyloną nad płótnem babcię.



Kiedy zmarła, byłam w innym miejscu. W pracy, w mieście, u progu kariery, u progu miłości. Rodzice zajęli się rozmontowywaniem jej mieszkania, wystawianiem mebli, rozdawaniem opuszczonych przedmiotów ludziom, którym były one potrzebne. Zrobili dużo dobrego. Kołdrą, poszewką, obrusem, ręcznikiem uszczęśliwili niejedną osobę w potrzebie.

Zabrali tylko to, co pozwalało pamiętać o babci. Porcelanowy dzbanek w kwiaty.

Nigdy nie weszłam do mieszkania babci, by zobaczyć ogołocone ściany. Wolałam pamiętać je jako pełne bibelotów, widzieć w wyobraźni biały kredens, szafę trzydrzwiową z kolorowymi sukienkami, które sama sobie szyła, toaletkę z poznaczonym starością lustrem, okrągły stół i krzesła z miękkimi poduszkami. Moją lalkę o imieniu Niespodzianka, projektor slajdów, pierwsze klocki z literami i statek, który rozkładał się po otwarciu książki.

- Masz, pamiątka po babci - powiedziała raz moja mama i rzuciła w moją stronę paczkę żelków haribo.

Oprócz tego, że babcia szyła jak w transie i codziennie stawiała przede mną talerz jagodzianek, znana była z tego, że nosiła w kieszeni cukierki, mentosy albo żelki. W kieszeni płaszcza trzy-czwarte. Oczywiście uszytego własnoręcznie. Żelki, które dostałam, czekały na swoją kolej. Rozdawała je wszystkim dookoła. Zawsze miała zapas.

Nie śmiałam ich tknąć. Włożyłam do szuflady w kuchni. Ilekroć wyciągałam widelec albo łyżkę, myślałam o babci.

Pewnego dnia, gdy się obudziłam, usłyszałam jak osoba, z którą mieszkałam, szeleści opakowaniem. Otworzyłam oczy i zamarłam. Wkładał do ust żelka. Żelka mojej babci. Był już w połowie paczki.

11 sierpnia 2014

3, 2, 1, 0... start! Startuje moja powieść!

Jeśli to nie najważniejszy post w moim życiu, to Radwańska nie wygrała wczoraj w Montrealu a siatkarze zdobędą złoto na mistrzostwach świata (ja naprawdę uwielbiam naszych siatkarzy, ale po latach obserwowania dyscypliny, wiem, kto jest na jakim poziomie).

źródło: New Old Stock

W każdym razie, do diaska! Nie uwierzysz! 

Co w tym roku ujrzy światło dzienne? Moja pierwsza powieść, moje pierwsze dziecko "Pijany skryba"! O tak! Wydawnictwo RW2010 odpowiedziało na list. Powiedzieli, że spłakali się ze śmiechu i że wydadzą powieść. Nie wierzysz? Ja też. Ale to prawda!

Właśnie podpisałam umowę wydawniczą. Trwa konkurs na okładkę. Widziałam już dwie propozycje. W jednej zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Nie wierzysz? Ja też. Ale widziałam tę okładkę na własne oczy! Totalnie mój feeling, świetne kolory, świetna koncepcja, rewelacyjny artysta. Czuję, jakby mnie dobrze znał.

Jestem szczęśliwa, choć nadal nie wierzę, co się stało. Czy to się dzieje naprawdę? Tak, trzymałam dziś w ręku dokumenty. Ok, nie jestem typem kobiecej kobiety, więc nie szczypałam się w ramię, nie skakałam ze szczęścia po pokoju, tylko jak każdy przeciętny Polak, któremu przytrafiło się coś wspaniałego, upiłam się :-) W towarzystwie najdroższych ludzi, którzy trzymali za mnie kciuki. Inni też trzymali i im też dziękuję, ale że mieszkają za granicą, wypijemy przy innej okazji :-)

Na nowe pasje i spełnienie marzeń nigdy nie jest za późno. Może powieść okaże się klapą, może  odniesie sukces. Nie mam pojęcia. Wierzę jednak, że gdy przeczytasz "Pijanego skrybę", uśmiejesz się do rozpuku. Taki miałam zamysł i, powiem szczerze, świetnie się bawiłam, pisząc "Pijanego skrybę". Lubię mojego bohatera Maćka. To wałkoń, lekkoduch, trochę obrażalski, ale jak trzeba, stanie za kumplami murem. Do tego, kiedy los spuści mu lanie, rzuca się na głębokie wody i bez szemrania przyjmuje ciosy, a raczej obija się o pięści, pada i wstaje po więcej. Albo udaje martwego.

Jestem dumna z "Pijanego skryby", jak członkinie koła gospodyń wiejskich ze swojej narzutki ;-)

źródło: New Old Stock

Miłość w czasach zagłady, czyli "Take a walk on the wild side"

Take a walk on the wild side to moje ulubione moje opowiadanie.

Michał powiedział o nim: Bardzo fajne, bo napisane lekko i z pazurem. A kiedy myślałem, że już nic nowego się nie pojawi, nagle wybuchła bomba, super - uwielbiam zagładę i inne zniszczenia.

Nola napisała: Miłość jest tu nienachalna, ale oczywista. Zakończenie bolesne, naprawdę się przejęłam.

Opowiadanie wygrało dla mnie zielone piórko. Wróbelki ćwierkają, że ukaże się w poważnej gazecie.

Jeśli chodzi o tytuł, myślę, że numer Lou Reeda stanowi idealną ścieżkę dźwiękową dla opowiadania.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Take a walk on the wild side

Mówię do niej kochanie, puść mnie, a ona na to: oboje obiecywaliśmy, że dopóki śmierć nas nie rozłączy. Ja mówię, owszem, babe, ale pamiętasz jaki byłem wtedy nagrzany? Pamiętasz Las Vegas? Twoją różową sukienkę z tiulu? I tego Chińczyka z kapibarą, który był naszym świadkiem? Oboje byli. To taki nasz wstęp do gry. Śmieje się z kapibary Simona, który nasrał na czerwony dywan w kaplicy. Ja też. Ta wesołość inspiruje ją do zaciśnięcia kajdanek o jeden ząbek mocniej. Na razie mam luz na prawym nadgarstku, ale lewy jest zapięty na akurat. Leżę goły. Na madejowym łożu.
Mówię: kochanie, tylko pamiętaj hasło. George Bush i kończymy zabawę. Pamiętam. Wiem, że pamięta. Pieprzona Sam. Miała pewność, że zgodzę się na kajdanki. Akceptuję wszystkie jej pomysły. Kocham jej pomysły. Kocham ją. Moja Sam, najdroższa Sam. Moja amerykańska żona.
Zapoznanie.
Siedziała przy ostatnim stoliku pod oknem. Bar „Muchos besos”. Duże okna, architektura tramwaju, brudne krzesła, z których każde chybotało się we własną stronę. Droga międzystanowa numer szesnaście.
Piła kawę z ekspresu, której nienawidzę. Odmówiła śmietanki. Kelnerka, kobieta po pięćdziesiątce z tyłkiem mojej babci i włosami uformowanymi w litą skałę, zagwizdała z radości, że akceptuje kawę taką jaka jest. Uznałem to za szczyt głupoty. Ja piłem liptona. Z cytryną. Jadłem tosty z serem i szynką, choć reklama na zewnątrz polecała najlepsze burrito w mieście. Nie skusiłem się, ponieważ najbliższe miasto znajdowało się pięćdziesiąt mil stąd i nazywało się Desolation. Kawę zostawiłem w aucie, w termosie. Przygotowałem specjalnie na wyjazd. Rozpuszczalną z mlekiem dwa procent. Taką jaką piłem jeszcze w Polsce.
Telewizor grzmiał serialem sprzed lat.
Próbowała czytać książkę. Jako jedyna w barze, oprócz mnie. Byliśmy jedynymi klientami. Ale siedziałem tam od godziny i wcześniej przyjechał sprzedawca Biblii w pomiętym garniturze. Zjadł śniadanie. Napił się ciemnobrązowej smoły. Już po kolorze wiedziałem, że jest parszywa. Wyciągnął z walizki kieszonkowy tom. Przesiadł się na stołek przy kontuarze. Przerzucił kartki. Próbował znaleźć jakiś dramatyczny cytat, lecz właściciel baru, Meksykanin w koszulce z nadrukiem w kształcie wąsów idealnie skopiowanych pod nosem, interesował się wyłącznie Kryminalnymi zagadkami Los Angeles. Świętoszkowaty wymoczek spojrzał też na mnie, ale odpowiedziałem spode łba. Cisnął tom do walizki, trzasnął zamkiem i wymknął się jak tchórzofretka. Taki mam wzrok.
Na niej nie zrobił wrażenia.

7 sierpnia 2014

Wyznanie językowego anarchisty

Nie jestem purystką językową. Jak na moje wyznanie zareagowałoby lingwistyczne środowisko?

poprawność językowa

Po liceum skończyłam dwie szkoły, które w nazwie mają coś innego niż "wyższy" - dobre szkoły. W jednej nauczyli mnie tłumaczyć, w drugiej stawiać przecinki. Za tłumaczenia dostałam ładne referencje. W pracy stawiam przecinki oficjalnie. Przysparzają mi wielu powodów do zmartwień, ale nawet profesor Pawelec przyznał na zajęciach, że zdarza mu się stosować zasadę ekonomii przecinkowej. Poza tym na każdym spotkaniu prezentował torbę słowników, co wskazywałoby, że albo zaparkował blisko uczelni, albo niektóre reguły są tak kłopotliwe, że musi sprawdzać w wielu źródłach.

Ukończyłam też kurs pisarski, z którego dowiedziałam się, że przymiotniki i przysłówki nie są moimi przyjaciółmi. Od tej pory koniec ze "szłam sobie szosą suchą". Teraz po prostu "szłam szosą". Jakkolwiek sucho to brzmi.

Ale w czym rzecz. Śledzę fora językowe, wypowiedzi tłumaczy i obserwuję wklejane przez nich fragmenty tekstów, które mają służyć jako niegdysiejszy "humor z zeszytów". Ile w komentarzach pojawia się szydery, ile mądrości. Zdarzył się nawet "list do zleceniodawcy feralnego tekstu". Ciekawe, czy z cv i proponowanymi stawkami? Tak na wszelki wypadek.

Dla mnie zaś był to tekst komunikatywny. Zrozumiałam, o co w nim chodzi. Czy powinno mi spędzać sen z powiek, że ktoś dopuścił się literówki albo stylistycznej gafy? Język spełnił swoją funkcję narzędzia komunikacji. Chyba po to został stworzony? 

Zastanawiam się, czemu służy znęcanie się nad czyimś przekładem? Leczeniu kompleksów? Czy to w porządku, robić do własnego gniazda? Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień. Czy od językowej niezręczności zawali się świat? Co powiedziałaby na to rwandyjska kobieta, którą jakiś opryszek goni z maczetą? Pochyliłaby się nad biednym niedouczonym tłumaczem?

Wiem, że tłumaczenie to praca, którą należy wykonywać z należytą starannością i że to fajnie, gdy literatura popularyzuje poprawny język. Nie wiedzieć jednak czemu, "humor z zeszytów" w ogóle mnie nie rusza.

Czy to zbyt daleko posunięty stoicyzm? A może sentyment do muzyki punkowej, anarchii, postępowania wbrew regułom sprawia, że źle postawiony przecinek ani mnie ziębi, ani parzy. Co ze mną jest nie tak? Może po prostu brakuje mi poczucia humoru ;-)

Ps. Znikoma liczba Polaków wie, że powinno się mówić "odnośnie do czegoś", a nie "odnośnie czegoś" oraz "na potrzeby" zamiast "dla potrzeb". Jak widać, nasz kraj nie zatrząsł się w posadach od tej niewiedzy. No może powstał ostatnio mały problem ze zbytem jabłek, ale to już nie kwestia języka.

6 sierpnia 2014

Kariera na stercie śmieci, czyli "Zawsze piękne" Katherine Boo


Autor i tytuł: Katherine Boo. Zawsze piękne
Klasyfikacja: wizyta w slumsach Bombaju
Moja ocena: 5/6
Treść: przeczytaj tutaj


Co myślę o tej książce? 

Segregatorzy śmieci, nauczycielka bez wykształcenia, ta, która za drobną opłatą załatwi wszystko, kobieta bez nogi, która po kłótni z sąsiadką oblewa się benzyną i podpala, wielbicielka skoków w bok, chłopak marzący o iPodzie, skorumpowana policja, nietykalni i eunuchy, kelner, któremu nie wolno patrzeć w oczy to bohaterowie powieści Zawsze piękne.

Za ogrodzeniem lotniska

Żyją w slumsach pod Bombajem, za ogrodzeniem międzynarodowego lotniska, na stercie śmieci, w obawie przed wjazdem buldożerów, w chatach z brezentu lub cegieł z przewagą piasku, sprzeczają się o religię, o zasady, o hałas i krzywą półkę, lecz przede wszystkim starają się przetrwać.

Niektórzy marzą o ziemi poza granicami slumsów, karierze w polityce, w hotelu, o studiach, o otwarciu szkoły i aby zamiast mętną wodą, być krystalicznie czystą kostką lodu. Kłótnie, pomówienia, agresywna policja, niedotrzymujący słowa politycy stoją na drodze mieszkańców do szczęścia.

Ktoś usłyszy

Autorka spędziła z nimi kilka lat. Początkowo stanowiła widowisko, ale po kilku miesiącach miejscowi przestali ją zauważać. Rozmawiała, fotografowała, kręciła filmy. Pomagały jej dzieci, których opowieści najmniej naznaczone były kłamstwami i wstydem. Dorośli również uczestniczyli w jej dziele, z nadzieją że świat o nich usłyszy i pomoże.

Dystans

Według mnie książka stoi na pograniczu powieści i reportażu. Z jednej strony poznajemy losy konkretnych osób, uczestniczymy w ich sukcesach i porażkach. Z drugiej reporterska dbałość o fakty i detale, odsuwająca emocje, stwarzała dystans, przez który nie potrafiłam kibicować bohaterom z taką intensywnością, jak gdyby byli bohaterami typowej powieści obyczajowej.

Zawsze pięknie polecam wielbicielom reportażu i chcącym zgłębić Indie poza studiami Bollywood i aśramami.

Ulubione cytaty

Cieszył się, że Mirczi wyrósł tylko na lenia, a nie na aroganta czy narkomana.

5 sierpnia 2014

Pocztówka bez pocztówki

W kurorcie w egipskiej Tabie nie znajdziesz ładnej pocztówki, gdzie obok piramid nie wystawałyby jakieś kable albo ogrodzenie. Nie ma z czego wybrać. Tymczasem projektanci zadbali, by iście pocztówkowe otoczenie hoteli zapierało gościom dech w piersiach.

Taba Heights

4 sierpnia 2014

"C" jak czytnik - czytnik e-booków, czyli gadżet, który zmienił moje życie

Moment, w którym pojawiły się na polskim rynku czytniki e-booków wywołał we mnie takie same uczucia, jak pierwsze aparaty cyfrowe. Po pierwsze szczęście, bo od razu wiedziałam, że to coś dla mnie. Po drugie żal, że nigdy nie będzie mnie na niego stać.



Kindle Paperwhite


Na łeb, na szyję

Na szczęście z technologiami jest tak, że tanieją na łeb, na szyję i nie tylko mam już trzeci aparat cyfrowy (ostatni to lustrzanka cyfrowa, która pozostanie ze mną do końca. Ach, jest jeszcze aparat w telefonie!), ale w zeszłym roku kupiłam sobie czytnik na "K" z technologią e-papieru.

Mój ci on

To był piękny czerwcowy dzień. Udałam się do sklepu internetowego, posiadającego siedzibę, ponieważ mam tak, że jak coś kupuję, muszę tego najpierw dotknąć. Sprawdzić, czy tworzymy jedność. Mam tak również z laptopami. Parametry parametrami, ale nie kupię laptopa, póki nie postukam w klawisze. To musi być przedłużenie moich palców.

Dotknęłam czytnika i od razu poczułam się jak jeden z tych bohaterów Sci-Fi, których broń jest zintegrowana z ręką. To jest to! Biorę!

Przyjaciel od pierwszego wejrzenia

Od chwili włączenia czytnik przeprowadził mnie przez samego siebie. Tak. Powiedział mi: "tu przekładasz kartki do przodu, a tu do tyłu. Teraz poćwicz sama." Mój czytnik mówił do mnie i chciałam przejść wszystkie próby, ponieważ przekonałam się, że czytanie instrukcji pozwala korzystać z funkcji, których mogłabym nie być świadoma. Tak jak tego, że musztarda nazywa się "sarepska", a nie "saperska". A wystarczyło dokładnie przeczytać etykietę.

3 sierpnia 2014

Zawijasy neurotyka, czyli pisanie o życiu według Dwighta Swaina

Dwight Swain napisał niezły podręcznik pt. Warsztat pisarza.

Czyta się go z przyjemnością nie tylko dlatego, że zawiera cenne wskazówki, ale dzięki stylowi autora po prostu zwijasz się ze śmiechu.

Oto, co Swain miał do powiedzenia tym, którzy zarzekają się, że chcą pisać tylko o życiu ;-)

Chcesz pisać o życiu? Ależ proszę bardzo.
Nie myl jednak życia z fotografią. To nie wycieczka ze strzelbą i kamerą po przewodzie pokarmowym ani nie sterylne, egocentryczne zawijasy myślowe unieruchomionego neurotyka użalającego się nad własnym losem.
Życie to konflikt. Jeśli się z tym nie zgadzasz, scena rzeczywiście nie jest dla ciebie. Ale literatura komercyjna również nie.
*Dwight V. Swain. Warsztat pisarza. Jak pisać, żeby publikować. Cat Book, 2010. s. 99

porady pisarskie