16 listopada 2015

Bierz mnie (Cielesne uciechy, gorące spojrzenia, złamane serca)


Bierz mnie

Cielesne uciechy, gorące spojrzenia, złamane serca


 antologia opowiadań zmysłowych pod redakcją Dawida Juraszka




Autorzy: Istvan Vizvary, Katarzyna Kowalewska, Stanisław Truchan, Katarzyna Uznańska, E. M. Thorhall, Grzegorz Piórkowski, Joanna Maciejewska, Bartłomiej Dzik, Radosław Lewandowski, Dawid Juraszek

Kategoria: fantastyka, sf, obyczaj, erotyka, opowiadania

Ludzie pióra płci obojga kochają nie tylko książki, i nie z samej jedynie literatury czerpią rozkosz – są przecież przede wszystkim kobietami i mężczyznami. Autorki i autorzy niniejszej antologii spłodzili oto dziewięć śmiałych opowiadań o tym, co najbardziej ludzkie, choć często i obce, dla czytelniczek i czytelników otwartych na nowe doznania.
Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość łączą się tu z miejscami bliskimi i dalekimi, nauka i magia z intymnością i pożądaniem, a piękność z potwornością; egzotyka splata się ze swojskością, subtelność z dosadnością, a miłość z seksem.
Z tego mariażu narodził się zbiór pobudzający zmysły i podniecający wyobraźnię, ale też dający do myślenia – nie tylko w długą, bezsenną noc.

Niniejszy post to niecnie wykorzystane przeze mnie materiały od  Wydawnictwa RW2010, ale myślę, że mi się upiecze ;-)

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

6 listopada 2015

Hasztag lipa




             W zamyśle jest to tekst o moich mękach twórczych, które mają miejsce tu i teraz. Dlatego może się zdarzyć, że post nie zostanie ukończony albo, co gorsza, okaże się nie mieć puenty. Piszę go, ponieważ od tygodni próbuję zerwać z ukrywaniem się za męskim narratorem i w końcu przemówić w prozie jako ja – kobieta. Próbuję zrewolucjonizować nie tylko swoje pisanie, ale i jestestwo, odrzucając inicjały K.A., które służą jako płciowy kamuflaż, na rzecz pełnoprawnej Katarzyny. Pragnę zrzucić patriarchalny gorset i uwolnić się od przemawiającego w moim imieniu męskiego delegata. Od dziś chcę wyrażać się wprost, sama za siebie.

            Niestety nie zawsze jest tak, że gdy zaśpiewasz „do re mi”, od razu biorą cię do chóru gospel. Czasami, wbrew nadziejom, dostajesz ataku kaszlu. Moje wielotygodniowe próby okazały się tak żenująco daremne, że nie napisałam ani jednego zdania prozy innej, niż użytkowa. Choć tu też rozczarowanie, ponieważ wyrażenia „kwota ogółem” czy „specyfikacja wysyłkowa” zdaniami nie są.
            Czy przytłoczyła mnie zdobyta na warsztatach wiedza, dzięki której zaczęłam zadawać sobie fundamentalne pytanie: co autor ma na myśli, a konkretnie: co chcę przez swój tekst powiedzieć? A jeśli, o zgrozo, niczego nie mam na myśli? Jeśli moje teksty to nic więcej, niż kleksy pozostawione przez gołębie na ławce w Dolince Służewieckiej? Czy może przygniotła mnie rada, by zwracać uwagę na melodię zdań, okraszona dopiskiem, by nie skupiać się na rzeczonej melodii w trakcie pisania, tylko dopiero po skończeniu? Kiedy wyrzucę już z siebie olśniewającą historię, postawię na kartce ostatnią kropkę i wypiję zasłużoną skrzynkę piwa? Ale nie. Rada odniosła odwrotny skutek, a dopisek podziałał z taką mocą, jak przestroga mamy, bym zimą nosiła czapkę. Moja kartka pozostaje pusta, wybitne zdania, jeśli w ogóle majaczą gdzieś w głowie, to w głębokich pokładach nieświadomości. Może dałoby się je wydobyć za pomocą hipnozy? Warto rozważyć opcje nadprzyrodzone, bo zwykły długopis, nawet jeśli się nie maże i dobrze leży w dłoni, nie posiada wystarczającej mocy.
            A może zwyczajnie jestem cienka jak dupa węża. Nie. Z tym się stanowczo nie zgadzam. Powtarzam sobie afirmacje, a jedną z nich jest, że nie znalazłam jeszcze ciekawego tematu i tyle. Może jeśli dziś pójdę inną drogą, skręcę w Batorego, zamiast w Rakowiecką, wtedy wpadnę na literacki motyw? I będzie on przystojny oraz elokwentny. A może opowieść przyniesie listonosz w przesyłce poleconej, bo wyjątkowo będę w domu, a historia nie skończy się na standardowym awizo? Może.
            Tymczasem czuję się jak chłopak z filmu „Frank”, który próbował komponować piosenki, jednak jedyne, co mu wychodziło, to dokumentowanie na aplikacji Instagram swojego twórczego zatwardzenia. Szwendał się ów chłopak po ulicach rodzinnego miasteczka, obserwował otoczenie i wymyślał teksty w stylu „kobieta w czerwonym płaszczu niesie parasolkę”. Klasa… Ale hasztagi dobierał świetne.
            Mój mąż ma takie spodnie od dresu. Wiąże je w pasie grubym sznurkiem. Ostatnio wyciągnął sznurek, zwinął go i położył na stole. I wyszedł. Patrzyłam na ten sznurek i zastanawiałam się nad zaproszeniem. A może by skorzystać? Definitywnie uciąć swoje męki? Ale nie, pomyślałam. Nie wolno się poddawać. A nuż sznurek okaże się przyczynkiem do świetnej historii. I kto wówczas ją spisze, kiedy ja będę dyndać u żyrandola z Ikei? No kto? A przecież pierwsze zdanie już jest gotowe, już czeka! „Szary sznurek pozostawiony na stole przez męża”. Błyskotliwe, prawda? Nie da się zaprzeczyć. Chłopak z filmu „Frank” zatytułowałby ten tekst „hasztag lipa”.
Pewnego razu w zakończeniu opowiadania użyłam tych samych słów, co w tytule. Zdobyłam wówczas nagrodę w ważnym konkursie literackim. Czy nie jest to świetny sposób na pokonanie blokady twórczej? Napisać tytuł i ostatnie słowa, wykorzystując zasadę „dwa w jednym”. A teraz wystarczy tylko wypełnić tekstem środek.
            

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska