31 lipca 2014

Samotny mściciel na głodzie, czyli "Syn" Jo Nesbo


Jo Nesbo
Autor i tytuł: Jo Nesbo. Syn
Klasyfikacja: mściciel, szeryf i skorumpowany system
Moja ocena: 5/6
Treść: przeczytaj tutaj
Co myślę o tej książce? 

Syn to pierwsza książka Nesbo, którą przeczytałam. A uczyniłam tak dlatego, że nadal próbuję przekonać się do kryminałów i że w Newsweeku napisali dla tej powieści laurkę oraz że nazwali ją czymś innym niż dotychczasowy dorobek Nesbo.

Pokrótce o co chodzi

Poznajemy Sonny'ego Lofthusa, tytułowego syna, nazywanego tak przez niewinnego dzieciaka z sąsiedztwa, który obserwuje go sobie przez lornetkę i podziwia jako dobrego człowieka, którym Sonny wcale nie jest. Czy na pewno?

Otóż Nesbo udał się pewien manewr, mianowicie mimo iż Sonny to osadzony w więzieniu zbrodniarz i ćpun, i wiemy o tym od początku, jakoś nie potrafimy go nie lubić. Ponieważ Sonny to dzieciak z nieciekawą historią. Jego ojciec, niegdyś wielki sprawiedliwy policjant, który tropił złych ludzi, a jednocześnie próbował rozprawić się z korupcją we własnym gnieździe, otóż ojciec Sonny'ego popełnia samobójstwo. Niestety był dla Sonny'ego wzorem do naśladowania. I to chłopaka załamuje.

Życie w pace

Sonny trafia do paki, ostro ćpa, nie udziela się towarzysko, głównie milczy, siedzi w pozycji kwiatu lotosu i udziela błogosławieństwa więźniom wychodzącym na wolność. Aha, więzienie nazywa się Państwo, jest wyposażone w najlepsze nowinki techniczne i stanowi chlubę projektanta - zastępcy dyrektora więzienia. Rzecz jasna, skorumpowanego. Jak w tak pilnie strzeżonym więzieniu Sonny zdobywa kolejne działki? 

Otóż podejmuje on grę i na życzenie władz przejmuje na siebie oskarżenia o morderstwa, których sam nie popełnił, lecz które mogłyby poważnie zaszkodzić zamieszanym w nie rekinom finansjery i przedstawicielom socjety.

Narodziny anioła zniszczenia 

Aż pewnego dnia wychodzący na wolność więzień mówi Sonny'emu, że jego ojciec wcale nie popełnił samobójstwa, że było to morderstwo na zlecenie tych, których niecne tajemnice ojciec próbował obnażyć.

Sonny, niewiele myśląc, nie tylko wychodzi z nałogu heroinowego (cóż...), ale i wydostaje się z więzienia, by nieść sprawiedliwość i zniszczenie wśród tych, którzy przyczynili się do śmierci ojca.

Samotny mściciel i szeryf

W międzyczasie na arenę wkracza policjant - Simon, który był niegdyś najlepszym przyjacielem ojca Sonny'ego. Simon nie tylko próbuje złapać chłopaka, ale i zrozumieć kierujące nim przesłanki. Między wierszami można odczytać, że Simon kibicuje Sonny'emu, który właściwie wyręcza policję, przy czym załatwia problem raz a dobrze. Więcej, Sonny, objawiający się w nowoczesnym społeczeństwie i, ku zdziwieniu postaci epizodycznych, nie potrafiący posługiwać się internetem w komórce czy nadal słuchający starożytnego discmana, zdobywa wielbicieli na portalach społecznościowych.

Dobry poziom

Książka trzyma naprawdę dobry poziom. Oprócz westernowego kolorytu, problemu interpretacji sprawiedliwości, moralności zabójcy, przekroju przez współczesne społeczeństwo, dostajemy nawet romans w tych niebezpiecznych czasach i okolicznościach.

Powieść trzyma w napięciu od pierwszych stron. Psychologia bohaterów jest świetnie nakreślona. Podejrzenia rzucane są na rzesze osób. Sposób rozwiązania głównego problemu jest pomysłowy i obiecujący. Bohaterowie nie są jednoznaczni, każdy z nich może być równocześnie dobry i zły, choć, co ciekawe, kobiety w powieści uczynił Nesbo sprawiedliwymi i rozsądnymi.

Świetna książka na plażę, może ciut za małe literki jak na moje wycieńczone oczy, ale Syna pochłania się jednym tchem.

29 lipca 2014

Dopięta na ostatnią pinezkę

To był jeden z tych dni, które nie zapowiadają się dobrze. Wzięłam urlop specjalnie po to, by iść do ZUSu. Zabrałam książkę, picie i dużo cierpliwości. Pobrałam numerek. Sprawę załatwiłam zaskakująco szybko, na tyle szybko, że udałam się w nagrodę do fryzjera, poczytałam na ławce książkę, a potem przekonałam samą siebie, że zrobienie obiadu to świetny pomysł.

Zjadłam, włączyłam zupełnie nijaki film i wtedy... Mój wzrok padł na czerwony notes z ręką, który kupiłam w Stambule i z którym nigdy się nie rozstaję (podobnie jak z poprzednim notesem z fado z Lizbony, który niestety już się wyczerpał). Notes kazał mi się otworzyć i zapisywać nowe pomysły na sceny. Nie mogłam mu odmówić. Przystąpiłam do rytuału notowania szarym ołówkiem automatycznym, znalezionym na targach w Londynie.

Nie minęła chwila, a już otoczyłam się kartkami z drukarki, których drugie strony karnie wykorzystuję, kolorowymi zakreślaczami, którymi zaznaczam poszczególnych bohaterów, plikiem żółtych karteczek, na które następnie przepisuję pomysły na czysto. Za oknem szalał upał, słońce rozpalało karoserie przejeżdżających szosą samochodów. Ja garbiłam się nad stołem.

Wtedy wyciągnęłam tablicę. Zapełniona kartkami w jednej trzeciej, wciąż odbiegała od ideału, tzn. daleko jej było do końca aktu trzeciego - ostatniego.

Pinezki poszły w ruch, palce zaczerwieniły się od wytężonej pracy, pośpiechu i przypadkowych ukłuć. W ogóle nie zwracałam na to uwagi. Po kilkudziesięciu minutach, trzech szklankach soku pomarańczowego z wodą, jednym wafelku w czekoladzie i kompletnie zignorowanym filmie klasy B tablica została ukończona. 


Tak! Moja tablica została dopięta na ostatnią pinezkę. Wybuchły symboliczne fajerwerki. Oczywiście natychmiast ruszyłam do komputera, żeby odpalić bloga i podzielić się z wami radosną nowiną.

Czuję się spełniona. Czuję się nakręcona. Czuję się pozytywnie umysłowo wykończona. Za godzinę idę na trening i pewnie będę fruwać pod sufitem.

A jutro... otóż jutro... napiszę pierwsze zdanie nowej powieści.

Mój guru Stephen King wie, dlaczego pisanie jest takie ekscytujące:

W pisaniu nie chodzi o zarabianie pieniędzy, zdobywanie sławy, panienek, partnerów czy przyjaciół. W ostatecznym rozrachunku chodzi w nim o wzbogacanie życia tych, którzy czytają nasze książki, a także naszego własnego. Pisanie każe nam wstać, wyzdrowieć, poczuć się lepiej. Daje nam szczęście. Pojmujecie? Szczęście. (...) możecie pisać. Powinniście pisać. Jeśli macie dość odwagi, zaczniecie. Pisanie to czary, woda życia, jak każdy akt twórczy. Woda nic nie kosztuje. Pijcie zatem.

*Stephen King. Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika. Prószyński i S-ka. Warszawa 2008. s. 232


28 lipca 2014

Pisanie jak wycieczka na tropikalne wyspy - rozmowa z Kasią Sikorą




Kasia Sikora to moja przyjaciółka po piórze. Ona mieszka pod Genewą, ja w Warszawie. Trzy lata temu poznałyśmy się na forum pisarskim. Od razu poczułam, że Kasia to moja bratnia dusza.
W czerwcu tego roku po raz pierwszy spotkałyśmy się w realu. Stanął przede mną wulkan energii i zaraźliwy optymizm. Wszędzie jej było pełno, rozpalała grilla, rozlewała kapuśniak, urządzała wycieczki do sklepu. A jak się śmiała, to inni też wyciągali chusteczki. Cieszę się, że się spotkałyśmy. Teraz, gdy rozmawiam z nią na czacie, widzę tego szaleńca, który zawsze gdzieś się spieszy. Jedną ręką pisze, drugą pieli ogródek. Widzę też jej skupienie nad ekranem laptopa i ekscytację zachowaniem ulubionego bohatera. Wykreowane postacie traktuje jak własne dzieci, za powieścią skoczyłaby w ogień. Obie dążymy do tego, by pisanie stało się naszym sposobem na życie i wierzymy, że nam się to uda. A kiedy jednej z nas zabraknie motywacji, może liczyć na pozytywnego kopa od tej drugiej.
Podziwiam Kasię za jej twórczy upór, pisarską płodność, pomysły, trzymające w napięciu historie i jestem pewna, że któregoś dnia dotknę okładki jej książki i przeczytam to, na co obie tak długo czekałyśmy. Właściwie można powiedzieć, że prowadzimy swojego rodzaju przyjacielski wyścig. Bo w to, że któraś z nas zostanie wydana, nie wątpię.
Opowiadania Kasi zdobywają wyróżnienia na konkursach i zbierają niezliczone komplementy. Należę do wielbicielek jej prozy. Ale dosyć już tego opisu. Przyszedł czas na dialogi!

foto: archiwum Kasi


Kasiu, bardzo fajnie siebie określasz: autorka wielu jeszcze nienapisanych powieści. Skąd takie określenie?
Kasia: To nie stwierdzenie, to fakt. Mam w głowie setki pomysłów. Jak tylko nauczę się, jak napisać chwytliwą powieść, będę odpalać jedną od drugiej.
Kiedy po raz pierwszy napisałaś coś na poważnie? (I nie pytam o dziecięce wierszyki i wpisy do pamiętnika)
Kasia: Na czterdzieste urodziny kupiłam sobie udział w kursie Pasji Pisania. Wychodzi na to, że cztery lata temu napisałam pierwsze opowiadanie. Dla mnie na poważnie, uczestnicy kursu musieli odnieść wrażenie, że mają do czynienia z ułomkiem :-)
Nie kokietuj! O czym było to opowiadanie?
Kasia: To była historia z mojego poprzedniego życia. Opisałam wydarzenie: zabrałam grupę rosyjskich klientów do szwajcarskiego kurortu narciarskiego. Jeden z panów omal nie złamał karku na muldach, drugi przeciął sobie arterię w ramieniu (było dużo krwi), a trzeci zachorował na zapalenie płuc. Nie muszę się silić na oryginalne pomysły. Wciąż zdarzają mi się podobne historie.
No właśnie. Tego typu historie to Twoja specjalność. Czy dobrze myślę, że najlepiej znajdujesz się w kryminałach? Do jakich odbiorców kierujesz swoje opowiadania i powieści? Kto według ciebie powinien je czytać?
Kasia: Kryminały lubię pisać, bo to świetna gimnastyka dla mózgu. Zawiązywanie intryg, wymyślanie motywów, to dla mnie wyzwanie. Ale najbardziej odprężam się przy pisaniu komedii. Mam dwie takie długie historie o dziewczynach typu Bridget Jones. Obie historie liczą około dwudziestu tysięcy słów. A na napisanie każdej poświęciłam zaledwie tydzień.
Świetnie, że wspomniałaś o dziewczynach typu Bridget Jones. Miałam przyjemność czytać Twoje powieści i opowiadania i zauważyłam, że Twoje bohaterki to kobiety energiczne, zaradne. Ile jest Ciebie w Twoich bohaterkach? Skąd bierzesz pomysły na charaktery?
Kasia: One maję tę energię po „mamusi”, znaczy po mnie. ;-) A co do charakterów, to staram się obserwować ludzi wokół. Rozmawiam z kasjerkami w supermarkecie, obserwuję reakcje znajomych. I staram się zaakceptować fakt, że oni postępują w większości sytuacji inaczej niż ja bym postąpiła.

27 lipca 2014

Zawrotne tempo na tablicy nowej powieści

Prace nad tablicą mojej nowej powieści nabrały takiego tempa, że wyprzedziły mnie samą. Nie nadążam z projektowaniem scen i przepisywaniem ich na żółte karteczki. Jest ich tyle, że już widzę, że zakupiona wczoraj tablica korkowa 60x50 może okazać się niewystarczająca.

Chwytliwy tytuł jest, choć może ewoluować. Zastanawiam się nad skróceniem go do jednego słowa.

Miejsce akcji jest. Polska, południe Polski. Malowniczy zakątek. Do pokochania.

Akt pierwszy gotowy. Początek aktu drugiego gotowy. Ostatnia scena - gotowa. Stwierdzam, że fajnie jest żyć, wiedząc jak zakończą się losy moich bohaterów.

Mam już 8 pomysłów na sceny z aktu drugiego. Drugie tyle stoi w poczekalni, a będę musiała wybrać tylko te najbardziej krwiste.

Prace kreatywne dodają mi skrzydeł. Czuję, że mam trzy razy tyle energii, co zwykle. Wchodzę w pewien stan, w którym ledwo rejestruję codzienność wokół. A gdy przyjdzie mi do głowy kolejna scena, jestem gotowa zapomnieć o podsmażanej bułce, by iść nową scenę zapisać, zanim umknie. Doświadczenie nauczyło mnie, że nawet najlepsze sceny potrafią przepaść w zakamarkach pamięci, więc zapisuję je natychmiast.

Oto moja tablica w wersji sprzed chwili:


25 lipca 2014

Groźny niestrzeżony akordeon według Marcina Kydryńskiego

Wydana w ubiegłym roku książka o Lizbonie Marcina Kydryńskiego zawiera nie tylko świetne zdjęcia (dla których producenci renomowanej marki wyposażyli Kydryńskiego w aparat), ale i wrażenia dziennikarza z pobytu w mieście. Szczególnie dużo mówi o muzyce fado, którą uwielbia. A jeśli fado, to nieodłączny akordeon. Oto, jaką anegtodę na temat akordeonu zasłyszał dziennikarz Trójki:

Nie zostawiaj nigdy niestrzeżonego akordeonu nocą na tylnym siedzeniu otwartego samochodu - mówi jedna z tysiąca anegdot o tym instrumencie. Bo podrzucą ci drugi.
*Marcin Kydryński. Lizbona. Muzyka moich ulic. Wydawnictwo G+J RBA. 2013

Marcin Kydryński

Więcej o książce Kydryńskiego niebawem w recenzji.

24 lipca 2014

Czy drwal się domyślał? Opowiadanie: O czym myślimy, gdy udajemy



romans

Opowiadanie, które w konkursie na romans zdobyło dla mnie Szmaragdowe Pióro. Jedno z niewielu, których nie zaczęłam się jeszcze wstydzić. Do czasu. Zobaczymy ;-)
Miłego czytania :-)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
O czym myślimy, gdy udajemy
        
         Mężczyzna – drwal.
Ubrany w koszulę w kratę i dżinsy, które na kimś o normalnej posturze wisiałyby luźno. U niego, jak skafander nurkowy, przylegają ściśle do mięśni ud. Traperskie buty. Skórzany pasek z klamrą. Kilka jasnych włosów wystających z rozpiętego kołnierzyka.
Jego barki to oś ciągnika. Dłonie to chmury kłębiaste w wyjątkowo ponury dzień. Widzę go, jak w lesie deszczowym łamie kanadyjskie sosny. Strzelają niczym suche gałązki. Ludzie z Greenpeace przywiązują się łańcuchami do drzew, a on strzepuje okowy jak babie lato.
Mężczyzna-drwal siedzi w mojej kuchni.
Robię mu herbatę. Stoję, wpatrzona w pusty kubek z torebką. Zwijam i rozwijam rąbek bluzki. Odwrócona tyłem, ukrywam tę operację defensywną. Siedzi przy stole. Drewniane nogi krzesła stękają od naporu masy. Pod jego wzrokiem spala się materiał mojej bluzki. Żołądek przekręca się na drugą stronę. Serce przerywa akcję. Czajnik zadrżał, zabulgotał i pstryknął.
Och.
Zalewam herbatę. Do diabła! Parzę sobie dłoń.
Może pomóc?
Nie, dziękuję.
Stawiam przed nim kubek. Płonącą dłoń przytykam do zimnego czoła. Ulga. Siadam naprzeciwko. Zakładam nogę na nogę, wysuwam ją spod stołu, żeby nie dotknąć go stopą. Nawet jednym włóknem kapcia. Nawet na ułamek sekundy. Nie chcę się czuć odczytana, łatwa i spragniona.
Jestem pisarzem.
Pisarzem?
Dziwi to panią?
Nie, tylko…
Urywam. Wyobrażałam sobie coś zupełnie innego.
Dodaje, że kiedyś parał się reporterką, relacjonował wydarzenia z Bośni czy skądś. Nie dosłyszałam nazwy. Patrzyłam na wypłowiałe włosy, kurze łapki wokół oczu, które miały do opowiedzenia wiele przygód. Gapię się i nie mogę przestać. On taksuje wzrokiem moją kuchnię. Gdybym miała pod ręką olbrzymie prześcieradło, przykryłabym pospolitość, w której żyję.
Byłem wtedy bardzo młody i bardzo głupi.
A teraz?
Zmądrzałem.
Cukru?
Nie, dziękuję.
Dam panu spodek na torebkę.
Niech pani nie wstaje. Poradzę sobie.
Powstrzymuje mnie za rękę. Odwracam wzrok. Patrzę na ścianę, na białą ściereczkę z niebieskim haftem. Rozciągnięta na gwoździach jak obraz. Wiejska scenka rodzajowa. Zaproszenie do garów. Moja poparzona skóra. Jego dłoń. Kojący chłód. Mój splot słoneczny wessany, szczęki ściśnięte, płytki oddech. Bezczelne krople potu na nosie. Niezręczna cisza. Wysuwam dłoń spod łagodnej otuliny.
Włączę radio. Rozumie pan, czytałam.
Wstaję. Zajmuję pozycję za krzesłem. Wyciągam dłoń do radia na kredensie. Tę pulsującą chowam za plecami.
Nie trzeba. Moja babcia też taką miała.
Co?
Odwracam się do niego.
Też miała taką ściereczkę na ścianie. Właściwie to zaczynam podejrzewać…
Niech mnie pan o nic nie podejrzewa. Babcia zapisała mi ją na łożu śmierci.
Śmieje się. Bezczelny.
Przepraszam. Naprawdę mi przykro. Współczuję śmierci babci. To był żart. Wyjątkowo nieudany.
Umarła dwanaście lat temu.
Acha.
Uśmiecham się pod nosem. Zawstydziłam go. Odsuwam się o jeszcze jeden krok od stołu. Na bezpieczniejszą odległość. Łączę dłonie jak do modlitwy albo jak belfer, którym jestem.
A więc chce pan obejrzeć mieszkanie. Kuchnię już pan zna. Przejdziemy do pokoju dziennego?
Zostańmy. Tu jest taki przyjemny klimat. Stworzyła pani w kuchni prawdziwą przystań. Ta ściereczka, ten kredens, kopyść na haczyku. Obrus z kwiatami lawendy. Gdybym był żeglarzem, nie mógłbym się doczekać powrotu do portu.
Wyjeżdża pan. Na zawsze.
Niespodziewanie tracę równowagę. Jakbym zasłabła. Opieram się plecami o kredens. Nigdy dotąd nie zrobiłam z siebie większej idiotki. Chyba nie zauważył. Kontempluje suszarkę do naczyń. Mój ulubiony ohydny kubek ze szkolenia. Jeden talerz, jedna miseczka, jeden komplet sztućców. Widzisz? Możesz teraz zacząć triumfować, jeśli dorobiłeś się żony i gromadki dzieci.
Kręcę głową. Prawie chowam ją w dłoniach ze wstydu, ale powstrzymują mnie resztki godności. Prostuję plecy. Strzała na napiętej cięciwie. Mężczyzna-drwal siorbie herbatę. Grzywka zakrywa mu całe czoło. Mam czas, żeby odwrócić wzrok, zanim odczyta w moich oczach frustrację.
Dlaczego mnie nie poznaje? Kiedy stanął w drzwiach, od razu wiedziałam, że to on. Minęło tyle lat, odkąd wyprowadził się z rodzicami. Ja miałam trzynaście, on siedemnaście. Miasto przydzieliło nam mieszkanie po nich. Większe. Dostałam własny pokój. Rodzice przestali mi patrzeć na ręce, gdy malowałam ptaki. A ściereczka naprawdę była moja. Naprawdę wyhaftowała ją moja babcia.
Ile ma teraz lat? Ile ja mam lat? To smutne. Smutne dla mnie. Skończy w tym roku czterdzieści dwa. Ja jestem sama, on tajemniczy, a teraz wyjeżdża na stałe do Kanady. Był w okolicy, wyjaśnił, i postanowił odwiedzić swoje dawne mieszkanie, z którym łączą go najszczęśliwsze wspomnienia. I zabrać te wspomnienia za ocean. Ale mnie nie pamięta. Dostrzegłam to w jego oczach, które na mój widok po prostu nie rozbłysły.
Anno…
Odskakuję od kredensu jakby ktoś szarpnął linę obwiązaną wokół mojego brzucha. Przypomniał sobie? Przechylam głowę na bok. Wyginam palce lewej dłoni aż do bólu. Mężczyzna-drwal wstaje i robi krok w moją stronę.
Przepraszam, chciałem powiedzieć: pani Anno. Czuję, że moje najście sprawiło pani kłopot.
Dopiero teraz dostrzegam kubek w jego dłoni. Odstawia, pusty, do zlewu. To znaczy, że zaraz się wycofa. Nie chcę. Jeszcze nie. Chcę, żeby tutaj został i był, po prostu był. Wyginam palce jeszcze mocniej. Strząsam z czoła kosmyk włosów. Zapach mężczyzny przywołuje na myśl sianokosy. Koniec dnia po ciężkiej pracy. Kolację przy ognisku.
Ognisko, na którym się pożegnaliśmy, płonęło późno w noc. Teren po zburzonych kamienicach był dla dzieci z okolicy jak wyspa. Rządziliśmy nią. Wszystko należało do nas. Figurka matki boskiej bez głowy wskazywała wejście do labiryntu wyznaczonego przez resztki fundamentów. Podwaliny królestwa. Spalone żebra desek. Kępy wysokich traw, dające schronienie przed dorosłymi. Gdzieniegdzie szkło, popękane cegły. Pozostałość łazienki. Kawałek ściany pociągniętej wałkiem ze wzorami. Lusterko w zardzewiałej ramie. Golarka na kłębowisku szmat. Duch brodatego przodka.
Pożegnalne ognisko.
Poczęstował mnie pierwszym w życiu łykiem alpagi. Zarazem ostatnim. Żartował z moich dołeczków. Rozwiązał tasiemki we włosach. Koledzy gwizdali i ryczeli jak pawiany. Powiedział, że jestem jego ulubioną przyjaciółką z podwórka. Powiedział: Aniu.
Miałam coś dla niego. Rysunek na pożegnanie. Jaskółkę.
Jaskółka to symbol wierności.
Czekaj na mnie, mała. Wrócę po ciebie.
Potraktowałam te słowa poważnie, ponieważ nie wypowiedział ich na głos, tak żeby wszyscy słyszeli, tylko do mnie. Nie pozwolił im się z tego śmiać. Wyszeptał na ucho. Pogłaskał policzek. Aniu. Natychmiast wyciągnęłam rysunek z jego dłoni i napisałam z tyłu krótkie zdanie. Zwinęłam kartkę w rulon i włożyłam do wewnętrznej kieszeni jego ramoneski.
Pachniało drewnem, żywicą, dymem. Powiedziałam, że od tego pieką mnie oczy, z tego powodu ciekną mi łzy. Płonęły stare szmaty, deski, kawałek blatu, szafki, co tylko zdołało się uchować na wyspie. Potem już nikt tam nie bywał. Wszystko zostało spalone.
Wie pan, wychodzę. Mówiłam już. Może dlatego nie jestem serdeczną gospodynią. Przepraszam.
Ale jeszcze chociaż pokój dzienny. Tylko pokój.
Wymijam go i już jestem w korytarzu. Ponaglam gestem. Zapraszam. Wskazuję właściwe drzwi.
Wiem, przecież to było kiedyś moje mieszkanie, mówi.
Wydaje się zrelaksowany. Być może to domena pisarzy albo reporterów z Bośni. Nie mam pojęcia. Mógłby mnie tego nauczyć. Mógłby tu zostać. Albo w ogóle nie przychodzić.
Kiedy zapukał, kiedy mu otworzyłam drzwi, kiedy go rozpoznałam, gdy myśli skakały po głowie jak prąd po transformatorze Tesli, powiedziałam pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy.
Wychodzę.
Łańcuch od zamka dzwonił w moim ręku, podczas gdy mężczyzna zjadał mnie wzrokiem, od góry do dołu. Zatrzymał spojrzenie na kapciach i gołych nogach. Krótkiej spódnicy. Jest październik, ale to żadne usprawiedliwienie dla nieogolonych nóg.
Znaczy… wychodzę za jakiś czas.
Nie szkodzi. Zajmę tylko chwilę. Pół godzinki, może dwie.
Zaśmiał się nerwowo. Chciał tu przyjść, miał umyślony cel, lecz chyba wciąż nie był pewien, czy właściwie postąpił. Łańcuch nadawał Morse’em: wiem, kim jesteś. Przerwałam ten beznadziejny apel. Opuściłam rękę. Nastała cisza. Mężczyzna i kobieta naprzeciw siebie. Próg pomiędzy. Nieznajomi, choć jedno wie, lecz udaje, że jest inaczej. Zanim się zorientowałam, postawił nogę na lenteksie w moim przedpokoju. Traperski but odcisnął ślad obecności mężczyzny.
Rozejrzał się po żałośnie wąskiej kiszce. Pawlacz obity boazerią, wieszak obrośnięty hubą kurtek i żakietów, bluszcz w drucianym kwietniku. Drzwi do łazienki. Plakat z Microcosmosu. Oberwany róg.
Ładnie tu.
Żałosna kiszka, żałosne życie żałosnej kobiety.
Dziękuję.
Nie zachęciłam, żeby się rozgościł, ale on zdjął i powiesił kurtkę. Odchrząknął. Wskazał mi drogę do kuchni. No tak. Przecież tu mieszkał.
Nadal nie potrafię zdecydować, czy uważam go za bezczelnego drania, czy mężczyznę skrępowanego bardziej niż ja. Wiem, co się dzieje we mnie. Nie wiem, co dzieje się w nim. Moje zdradliwe receptory zdążyły podjąć decyzję. Mężczyzna-drwal to magnes. Ja to opiłki żelaza. Ciągnę do niego, serce ciągnie, choć umysł się nie zgadza.
Omiatam gestem salon.
Nie wstydzę się go tak bardzo jak kuchni. Nie jest nowoczesny, ale schludny. Wprowadziłam do niego akcenty Prowansji. Szafa kupiona przez Internet, solidny stół, komoda. Wszystko pomalowane na biało. Niebieska kanapa. Dwa krzesła z obiciem w kwiaty. Znów lawenda. Jeszcze dwie doniczki stoją na parapecie. Stare radio. Można powiedzieć, stylowe. Spidola. Dawno nieużywane. Telewizor – plazma, ale wbudowany w szafkę. W ozdobnych ramach haftowane dalie. Lustro.
Raczej nie dostrzeże pan analogii.
W umeblowaniu nie, lecz rozpoznaję intymność, ciepło.
Wchodzi do środka. Ja zostaję w progu, żeby go nie zachęcać. Odwraca się w moją stronę i patrzy. Błagalnie? Muszę się jak najszybciej pozbyć tej myśli. Muszę przestać projektować na niego własne uczucia.
Co pan pisze?
Przysiadam na skraju kanapy. Moje emocje miotają się od rzucenia się do ucieczki po objęcie go ramionami od tyłu. Pożądanie, namiętność, gniew. Pochyla się nad komodą i patrzy na zdjęcia z dzieciństwa. Ja, rodzice, stare mieszkanie. Ja, babcia, tutaj.
Głównie relacje z podróży. Reportaże. Teraz przymierzam się do czegoś bardziej osobistego.
Pamiętnik?
Tak, pamiętnik to dobre określenie. Wspomnienia przechowywane w głowie, które zasłużyły na długą opowieść.
Nie ma pan żadnych luk? W tej głowie…
Luk?
We wspomnieniach, które zasłużyły. Może jakieś wspomnienie zasługuje, ale pan nie raczy poświęcić mu nawet krztyny uwagi.
Nie rozumiem. Pani się na mnie gniewa? Przepraszam, chyba wypiłem za dużo herbaty. I zdecydowanie powinienem się już zbierać. Wystawiam pani gościnność na próbę.
Uśmiecha się. Słyszę, jak czknął. Śmieje się jeszcze szerzej. Naraz zasłania usta dłonią. Nie przeprasza. Szuka w moich oczach wyjaśnienia, pomocy. Milczę.
Dlaczego spytałam o te wspomnienia? Czuję się jak Gestapo. Gestapo z urażoną dumą. Jeszcze chwila i zacznę strzelać. Widzi to w moich oczach. Zwiesza ramiona. Rezygnuje. Wciąż nie wiem, po co to całe przedstawienie? Ta cała wizyta. Niech nie opowiada, że chodzi o głupie mieszkanie, które od dawna nie jest jego.
Powoli mija kanapę, na której siedzę. Dotyka nogą rąbka mojej spódnicy. Gęsia skóra. Rozszerzone źrenice. To nasz pierwszy fizyczny kontakt tutaj. Brak oddechu. Sznur zawiązany na brzuchu przypomina o sobie. Mężczyzna-drwal wychodzi do przedpokoju. Zginam się wpół, oddycham trzy razy przez usta i wstaję. Obciągam spódniczkę. Idę za nim.
Właśnie zakłada kurtkę. Sapie ciężko, głośno. Nad czymś się zastanawia. Bieganina myśli odbija się w dwóch głębokich zmarszczkach między brwiami. Robi kwaśną minę.
Rozkładam bezradnie ręce.
Tak się zastanawiałem…
Opieram się o drzwi do łazienki. Jestem twarda. Niewiele mnie obchodzi, nad czym się zastanawiał.
Mieszkała tu kiedyś dziewczyna. W drugiej klatce, na drugim piętrze. Nosiła kucyki. Miała dłuższe włosy niż pani. Ciemniejsze. Okrągła buzia. Dołeczki, kiedy się uśmiechała.
Poprawia kołnierzyk kurtki. Drapie się w kark. Napięte mięśnie, ogorzała szyja.
On wie. Wie od początku, tylko się ze mną przekomarza. A jeśli nie, to na pewno przypomniał sobie dzięki zdjęciom. Patrzę mu prosto w oczy. Czekam. Splatam ręce. Przyciskam do splotu słonecznego. Zaraz zemdleję. Niech coś zrobi, powie. Szybko. Najlepiej niech mnie przytuli. Pogłaszcze policzek jak wtedy. Powie, Aniu, jak wtedy. Powie: przyjechałem po ciebie.
Nie robi nic. Milczy. Wkłada ręce do kieszeni.
Nie kojarzę, mówię, spuszczając wzrok.
Tylko na tyle mnie stać. Tamtej dziewczyny i tak już nie ma. Ciemne włosy zniszczone farbowaniem. Okrągła buzia wyciągnięta. Dołeczki zniknęły w ponurych bruzdach. Uśmiech od lat nie gościł.
Rozumiem, odpowiada. Głupi jestem, prawda? Oczekuję, że zna pani wszystkich, którzy tu bywali. Nawet nie pamiętam jej imienia. Tak mi się skojarzyło. Mam rysunek. Od niej. Ptaka. Chyba jaskółkę. Malowała pięknie, jak na dziecko w jej wieku. Napisała z tyłu pamiętaj o obietnicy. Rozumie pani? O obietnicy. Co, ja, siedemnastolatek mogłem smarkuli obiecać? Nie uważa pani, że to urocze? Dziecięce obietnice, które nigdy nie będą spełnione. Ile takich w życiu udało nam się naskładać, prawda?
Zmiażdżony żołądek pęka. Czuję jego zawartość w gardle. Bezwład, ból, pieczenie. Mdłości, śmieszność, domek z kart. Potrząsam głową, żeby pozbyć się tego wrażenia. Rozprostowuję ręce. Zaciskam pięści. Wbijam paznokcie w skórę.
Prawda.
Świetnie się z panią rozmawia. Mamy podobną optykę. Mógłbym tu zostać do rana i wypić jeszcze tysiąc herbat w pani przytulnej kuchni. Ale…
Jak wspominałam, muszę wyjść.
Powróz przecina mnie na pół. Maczeta kraje na cząstki. Mężczyzna-drwal jest pisarzem, ale brakuje mu wyobraźni, żeby dostrzec to, co się ze mną dzieje. Nie próbuje poskładać mnie w całość. Nie wiem, czy te fragmenty uda się kiedykolwiek dopasować.
Właśnie, pani musi wyjść, a ja muszę wracać do Warszawy. Wylatuję w południe.
Proszę mi przysłać pocztówkę.
Jak tylko się urządzę.
Bez pośpiechu. Nigdzie się nie wybieram. Wie pan, mam tu port, muszę codziennie zapalać latarnię.
Czyli pocztówka znajdzie panią nawet bez adresu.
Kiedy wychodzi, w wewnętrznej kieszeni jego kurtki dostrzegam kartkę ze szkicownika. Złożoną na cztery, ale pielęgnowaną. Wiem, co to jest, lecz już za późno, by o tym rozmawiać. Za późno, by go zatrzymać.
Zamknięte drzwi są destrukcyjne i nieprzeniknione. Klamka jest zimna, jadowita. Jest pusto. Znajduję się na dnie wyschniętej studni i nikt nie słyszy mojego krzyku. Kroki na zewnątrz coraz dalej. Cichną. Uderzenie drzwi na klatce. Koniec. Koniec mnie. Nie, powtarzam sobie, nie. Nie możesz być aż tak głupia. To tylko koniec powieści bez happy endu. To była marna powieść. Musisz napisać lepszą. Zachowaj w pamięci rysunek z jaskółką. Pamiętaj, że jest też symbolem wiosny, zwycięstwa życia nad śmiercią. Resztę naszkicuj od nowa. Pozwól sobie na luki. Odfruń.

Nigdy nie otrzymałam kartki z Kanady. W zamian mężczyzna-drwal przysłał mi swoją książkę. Zatytułował ją O czym myślimy, gdy udajemy. Przerzucam kilka pierwszych stron. Wracam do strony tytułowej. Dla Ani, której nie potrafiłem powiedzieć. Wydrukowane. Pod spodem, odręcznym pismem, adres w Winnipeg.
Dla Ani, której nie potrafiłem powiedzieć.
Co mnie to obchodzi?
Odkładam książkę na półkę z lekturami, których nigdy nie zamierzam przeczytać.

23 lipca 2014

Cofnij się o sto lat żółtym tramwajem w Lizbonie

Po ciasnych uliczkach Lizbony jeżdżą charakterystyczne żółte tramwaje z  początku dwudziestego wieku. Podróż nimi to wycieczka do przeszłości.
żółty tramwaj
  Najbardziej znane są żółte, jednak nie są jedyne. Ten czerwony poniżej jest chyba najstarszy.
Wyjątkowe wrażenie robi przejazd wąskimi, krętymi uliczkami, pomiędzy zaparkowanymi na chodniku samochodami. Trudno jest pozbyć się wrażenia, że tramwaj za moment zawadzi o mur kamienicy.

yellow tram
Zdjęcie powyżej jest zrobione prosto. To Lizbona jest bardzo pagórkowata. Na tym zakręcie motorniczy tramwaju, z którego zrobiłam zdjęcie, musiał wstrzymać ruch, wysiąść, podejść do stojącego za nim tramwaju (widocznego na zdjęciu), następnie do stojącego za tramwajem auta i poprosić, by kierowca cofnął się kawałek. Dopiero wtedy tramwaj jadący w dół mógł zjechać w prawo (już go nei widać). A mój motorniczy mógł wrócić do swojego pojazdu i wjechać na górę. Sytuacja jedyna w swoim rodzaju. Dla mnie. Bo dla motorniczych z Lizbony to codzienność.
imagine
Powyżej: widok z pokładu tramwaju. Początkowo myślałam, że to taras widokowy, na którym odpoczywali bohaterowie filmu Imagine, ale niebawem okazało się, że w Lizbonie takich tarasów jest więcej. A może jednak to ten?
żółty tramwaj
Powyżej: tramwaj odbity w witrynie sklepowej. Ten środek lokomocji świetnie nadaje się do fotografowania. Można całkowicie otworzyć okno. Oczywiście nie wolno się wychylać ;-)
Lizbona
Powyżej: nietypowe rozwiązanie wprowadzono w tzw. tramwajach-windach. Między torami położono specjalne liny, dzięki którym zjeżdżający tramwaj wciąga ten, który wjeżdża na "szczyt" uilicy.
Powyżej: tramwaje-windy zaraz się miną. To, co wygląda na trzecią szynę, jest właśnie miejscem, w którym zamocowana jest lina wciągająca.
A tak lizbońskie tramwaje wyglądają w środku.

Podróż żółtym tramwajem jest nie tylko wygodna, ale i pozwala zwiedzić w nietypowy najładniejsze dzielnice miasta, zwłaszcza tym, których zmęczyło ciągłe wchodzenie pod górę i zbieganie w dół.

Tramwaje tworzą atmosferę miasta i również dzięki nim uważam Lizbonę za najpiękniejsze miejsce na ziemi.

22 lipca 2014

Koniec amerykańskiego mitu. Tamtejsi pisarze też zaczynają mówić o zarobkach

Przypadek Kai Malanowskiej

Kaja Malanowska nie jest zadowolona ze swoich pisarskich zarobków i powiedziała o tym głośno. Nie zamierzam zajmować stanowiska w sprawie jej wypowiedzi. Nie znam się. Jestem dopiero na początku pisarskiej drogi. Mogę jej i jej kolegom co najwyżej czyścić buty. Natomiast wiem, że nie tylko ona wśród polskich pisarzy nie może się poszczycić milionami na koncie.

amerykański mit

Porównania do Ameryki

Często pojawiają się porównania do do rynku księgarskiego Ameryki miodem i winem płynącej. Tam naprawdę można zarobić na pisaniu. Zapomina się jednak o tym, że jest to kraj większy, zasobniejszy nie tylko w pieniądz, ale i ludzi (czytaj: czytelników).

Tymczasem na stronach opiniotwórczych New York Timesa pojawił się artykuł o następującym tytule:
Why writers are opening up about money (or the lack thereof) (czyli: Dlaczego pisarze zaczynają mówić o pieniądzach (a raczej o ich braku)).

Gdy tymczasem...

Z artykułu wynika, że nawet podziwiana Ameryka boryka się z problemami na rynku księgarskim, zwłaszcza w związku z kryzysem. Tam również rozgorzały dyskusje na temat zarobków pisarzy, tego, kto może sobie pozwolić na życie z pisania, a kto zostanie wykluczony z rynku.

Cytowany w artykule Cord Jefferson, pisarz telewizyjny i dziennikarz, stwierdził: Everyone’s talking a lot more about money. The financial crisis really rocked a lot of people to their core, and I think people considering these kinds of issues is a broad societal thing more so than it is just a writerly thing.

Inne możliwości

W odpowiedzi pojawiła się opinia, że lekarstwem na problemy związane z publikowaniem drogą tradycyjną jest możliwość pisania w Internecie. Dla chcącego nic trudnego.

There are all kinds of new magazines, there are all kinds of new content sites, there are all of these jobs for writers that didn’t exist even three years ago. - powiedziała Nicole Dieker, pisarka-freelancerka. Pytana o dosyć imponujące (w porównaniu do innych pisarzy) zarobki, stwierdziła, iż, jak w przypadku każdego rodzaju kariery, rozwój tej pisarskiej wymaga czasu.

Gorzej niż kiedyś

Tymczasem agentka literacka Erin Hoser zauważyła: In as much as it has always been difficult for writers to make a living, it’s definitely worse now. Zarobki pisarzy zmalały, wzrosły zaś koszty utrzymania.

Ciekawą opinię wyraził wspominany już Cord Jefferson: Our society loses a great many creatives who just can’t afford to create

Nieznane historie zapracowanych autorów

Jego pogląd opisała szerzej Manjula Martin. Jej zdaniem pewne dobre historie nigdy nie dotrą do czytelników, ponieważ musiałby je spisać the kid who can’t afford to do four simultaneous unpaid internships in New York City and has to just get a job, or the woman who’s raising a kid and can’t go do a residency for three weeks. I nie jest to pozytywne zjawisko, ponieważ czytelnicy są takimi samymi ludźmi, jak wymienieni przez Martin ludzie, którzy nie mogą pisać. Chcieliby więc poznać tego typu historie, chcieliby się z nimi utożsamiać. 

Co to znaczy?

Wniosek z rozważań płynie taki, że kokosów na pisaniu nie zbija się od razu, że pisarską karierę trzeba budować latami i że Polska nie jest jedynym krajem, który boryka się z problemami związanymi z wydawaniem książek.

Ciekawa natomiast jest sytuacja e-booków w naszym kraju. Na wykładzie podczas Warszawskich Targów Książki usłyszałam, że Polska jest jakieś dziesięć lat za Ameryką, jeśli chodzi o rozwój rynku ksiażek elektronicznych. Jeśli wziąć pod uwagę spostrzeżenie poczynione w omawianym artykule, że w Ameryce e-booki odgrywają coraz większą rolę, być może należy szukać swojej szansy właśnie na tym rynku? Jadąc komunikacją miejską, nie sosób nie zauważyć, że coraz więcej osób, zamiast przekładać kartki, dotyka ekranu cienkiego czytnika.

Zobaczymy, czas pokaże.

Materiał opracowany na podstawie artykułu: Why writers are opening up about money (or the lack thereof)
*21.07.2014, Anna North, The New York Times