10 stycznia 2017

Wyzwanie - zeznanie

Rok 2016 był jednym z obfitszych w mojej karierze czytelniczej.


Zaważył na tym fakt posiadania czytnika, na którym po prostu szybciej czyta się książki. Można to robić w każdych warunkach, nawet w nocy i nawet idąc. Nie trzeba rezygnować z czytania cegieł, które są zbyt ciężkie i nieporęczne, by wynieść je z domu i czytać np. w tramwaju. 

Przejdźmy do konkretów. W roku 2016 przeczytałam 76 książek, czyli o 24 więcej niż Mark Z. Nie, żebym szła w ilość czy na rekord. Czytam, bo lubię, a tytuły i daty zapisuję od lat, żeby nie pogubić się w tym, co już czytałam, a czego jeszcze nie.

Oszczędzę wam pełnej listy lektur. W zamian przedstawię garść zupełnie niepotrzebnych statystyk. ;-)

Z moich danych wynika, że pod względem doskonałych czytelniczych wyborów, wyróżniał się styczeń i listopad. Największą literacką posuchę odnotowałam w lutym, marcu (pomimo obiecującego początku roku), maju i październiku. Najwięcej książek przeczytałam w kwietniu, lipcu i sierpniu. Odpowiednio 8, 9 i 8. I tu was zaskoczę, bowiem, o ile kwiecień mnie nie dziwi, to w wakacje miałam o wiele mniej czasu na czytanie ze względu na szczyt sezonu budowlanego. (Dla niewtajemniczonych: buduję dom, a raczej staram się nie przeszkadzać.) Ale najwyraźniej, jak ktoś chce, to na czytanie znajdzie czas.

Nie jestem autorytetem, ale jeśli nie wiecie, po jaką książkę sięgnąć, przedstawię wam listę książek, które w roku 2016 najbardziej przypadły mi do gustu. Kolejność chronologiczna.

Asne Seierstad "Jeden z nas. Opowieść o Norwegii"  - wydarzenia z Utoi krok po kroku. Breivik - narcyz, którego największą pasją jest chęć zdobycia popularności.

Jakub Małecki "Dygot" - za połączenie dziś i wczoraj, dodanie szczypty magii i podanie tego w wykwintnym sosie. Oby ten młody człowiek pisał dalej.

Ann Patchett "Belcanto"  - porywacze/terroryści na balu socjety w nienazwanym kraju Ameryki Południowej. Kilka miesięcy razem w jednej sali i tracisz pewność, po czyjej jesteś stronie.

Jose Carlos Somoza "Zygzak"  - thriller, w którym teoria naukowa przechodzi w praktykę i jeży włosy na głowie.

Gavin Extence "Lustrzany świat Melody Black" - angielski humor, nieszablonowa historia. Zastanów się dwa razy, zanim pójdziesz do sąsiada po puszkę pomidorów.

Donna Tartt "Szczygieł" - jesteś w muzeum, sufit wali ci się na głowę, zabija matkę i wszystkich wokół. Bez chwili namysłu zrywasz ze ściany swój ulubiony obraz. A to dopiero początek historii.

Virginia Woolf "Własny pokój" - dlaczego pisarka potrzebuje własnego pokoju, czyli słów kilka o pozycji kobiet w społeczeństwie. I wszystko jasne. 

Majgull Axelsson "Dom Augusty"  - losy kilku pokoleń kobiet w mistrzowski sposób splecione.

Magdalena Grzebałkowska "1945. Wojna i pokój"   - czyli rok po wojnie z perspektywy szabrownika, sieroty, dezertera itd. W pełni zasłużona Nike.

Khaled Hosseini "Chłopiec z latawcem" - pięknie opowiedziana historia z historią Afganistanu w tle. Żal, że autor napisał tylko 3 książki.


Marta Abramowicz "Zakonnice odchodzą po cichu" - przykro, że jest tak, a nie inaczej.

Sean Slater "Ocalony" - lekkie, łatwe i przyjemne. Honor thillerów ocalony.

Wojciech Tochman "Eli, Eli" - lektura obowiązkowa dla każdego reportażysty, aby zrozumiał, jak ważne jest dotarcie do głównych aktorów historii.

Porąb i spalLars Mytting "Porąb i spal" - aby nauczyć się prawidłowego władania siekierą i układania drewna w stosy.


Katarzyna Boni "Ganabre! Warsztaty umierania" - by się dowiedzieć, co jest potem.

Matthew Quick "Niezbędnik obserwatorów gwiazd" - może i młodzieżowe, ale i smutno-śmieszne.

Alan Bennett "Czytelniczka znakomita" - fantazje na temat królowej Elżbiety.

Justyna Bargielska "Obsoletki" - problem bardzo osobisty i właściwym językiem opisany.

"Artist spaces of the Goldfields" - przeczytaj i zobacz, jak pracują artyści Australii.


George Saunders "10 grudnia" - mistrz neologizmów - zarówno autor, jak i tłumacz.



Jeśli czytaliście lub sięgniecie po którąś z moich ulubionych książek 2016 roku, podzielcie się wrażeniami.


22 grudnia 2016

Leń kontra redaktor

Wiecie, jakich redaktorów lubię najbardziej? 

Takich, którzy kreślą mój tekst i przerabiają na swoją modłę.

A jakich nie lubię?

Tych, którzy są na tyle uprzejmi, by prawie nie ingerować w tekst, a sugestie ewentualnych poprawek umieszczać w komentarzach, w tonie luźnym, spekulacyjnym, dającym mi wolność wyboru.

Niestety moje lenistwo kicha na wolność wyboru. Moje lenistwo chce, by redaktor wykonał za nie całą robotę. Poprawić, zaliczyć, mieć z głowy, zapomnieć. Lenistwo nie chce ślęczeć nad już napisanym tekstem. Ono chce odpoczywać i tygodniami rozmyślać o wielkim sukcesie, jakim było ukończenie jakiegokolwiek opowiadania. :-)

Tyle, jeśli chodzi o śmichy chichy.

redakcja

W ubiegłym tygodniu dostałam od redaktora dwa poprawione teksty. Wykonał świetną robotę. Jego czujność i bystre oko uratowały mnie przed ośmieszeniem. Po latach pracy jako tłumacz, którego wszystkie tłumaczenia były czytane przez weryfikatorów, a następnie po napisaniu wielu opowiadań, którym redaktorzy zgodzili się poświęcić uwagę, całkowicie uodporniłam się na tego typu krytykę. Nie walczę o każde słowo jak o własne dziecko. Pochylam z pokorą głowę i poprawiam tekst wedle sugestii, szczęśliwa, że mój pierwszy czytelnik, fachowiec, zadbał o to, by świat nie ujrzał niedopracowanego bubla.

Jak zwykle wyrażam wielki szacun dla pracy redaktorów, dla dostrzegania niuansów w stylu niemożność obliczenia wysokości fali, jeśli się nie ma w ręku dokładnej mapy hipsometrycznej. ;-)

Siedzę, poprawiam, główkuję. A lenistwu tłumaczę, że ma wymówkę od mycia okien.

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

19 grudnia 2016

Małe świąteczne cudeńka

Uwaga: zanim przeczytasz ten wpis, wyrzuć wszystkie cukierki - możesz zemdleć z przesłodzenia.

Nie ma lepszego momentu, niż czas okołoświąteczny, na opowiedzenie niewiarygodnie miłej historii. W końcu to teraz spełniają się wszystkie marzenia. Teraz do twoich rąk może trafić coś, o czym nawet nie śmiałeś marzyć.Tak przynajmniej twierdzą w reklamach.

salon
Wyobraź sobie, że lubisz czytać książki. To akurat łatwe, skoro trafiłeś na mojego bloga. Interesują cię historie zwykłych, choć nietuzinkowych ludzi. Lubisz również fotografować. Właściwie książki i fotografia są ze sobą powiązane. Z przyjemnością przeglądasz zdjęcia zrobione przez "prawdziwego" człowieka. Zdjęcia z duszą, kawałki świata, jakimi widział je autor.

Na koniec wyobraź sobie, że budujesz dom. Interesuje cię wszystko, co ma związek z wzornictwem i wyposażeniem wnętrz. Chcesz, by twój nowy dom odzwierciedlał twoją osobowość, by był wyjątkowy. Wybierasz niebanalne detale, których próżno szukać w katalogach i popularnych salonach meblowych.

Zakładasz konto na instagramie.

Zamieszczasz obrazy chwil, które uwieczniłeś, obserwujesz zbiory zdjęć, które cię inspirują. Czasem coś "polubisz", czasem napiszesz "super", "ale fajne".

Pewnego dnia dostajesz prywatną wiadomość.

Ktoś pisze do ciebie po angielsku, z przeciwległego krańca kuli ziemskiej. Dziękuje ci za wsparcie, za "lajki". Ma dla ciebie nietypową propozycję. Prezent. Mówi, żebyś zajrzał na jego stronę i wybrał sobie prezent na Gwiazdkę. 

Twoja pierwsza reakcja? Niemożliwe. To musi być spam. Tego typu historie nigdy się nie zdarzają, a jeśli już, to kryje się za nimi jakiś podstęp. Jesteś obyty w świecie internetu i myślisz, że pewnie chcą sobie zwiększyć liczbę odwiedzin.

Żartuję. Nie zapędzasz się aż tak daleko ze swoimi przypuszczeniami. Poza tym wygrywa ciekawość. Wchodzisz w to.

Co znajdujesz?

albumTwoim oczom ukazuje się strona australijskiego wydawnictwa, które wyszukuje interesujące osoby o ciekawych pasjach. Osoby te odnalazły swoje wyjątkowe miejsca na ziemi i postanowiły urządzić je w niepowtarzalnym stylu.

Wydawca odwiedza te magiczne miejsca, zbiera ciekawe historie, fotografuje oryginalne wnętrza i w swoich książkach prezentuje je czytelnikom.

A teraz przenieśmy się do rzeczywistości, bo to wcale nie była reklama ani jakaś motywująca opowiastka na święta, tylko prawdziwa historia.

Australia
Wydawnictwo Of The World Books  istnieje naprawdę i naprawdę obdarowało mnie Gwiazdkowym prezentem.


Wybrałam książkę Artist Spaces, prezentującą domy i pracownie artystów, oczarowanych rejonami Złotonośnych pól australijskiej Wiktorii. Tam tworzą, tam mieszkają, tam nawiązują relacje.



Lauren Mitchell, lokalna autorka, która zebrała opowieści malarzy, rzeźbiarzy, twórców instalacji, napisała we wstępie: przestrzeń każdego artysty jest faktycznym odzwierciedleniem jego własnego wnętrza.


Of The World Books
Z okazji świąt i nadchodzącego roku życzę ci wielu radości (nie tylko wywołanych przez prezenty) i możliwości życia zgodnie ze sobą, we własnej inspirującej przestrzeni.


Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

5 września 2016

Nie rąb i nie pal. Wszystko co kobieta powinna wiedzieć o drapaniu

Dawno dawno temu, gdy mieszkałam w lesie w miejscowości, której nie było na mapie, nie przypuszczałam, że zostanę badmintonistką i będę grała na Stadionie Narodowym. Nie przypuszczałam też, że będę pisać książki. Ani tym bardziej, że ukażą się one drukiem.

Tak samo nie spodziewałam się, że zainteresuje mnie renowacja. Tymczasem właśnie ukończyłam warsztaty i odnowiłam pierwszy w życiu mebel. I chyba wpadłam w nałóg, bo już kupiłam papier ścierny i skrobak. Ach, i dostałam szlifiereczkę! Ale przecież te stare brudne krzesła, które stoją w garażu, same się nie odnowią ;-)

Zaczęło się od śmietnika. I od męża. Na śmietniku mąż znalazł toaletkę. Tu mąż i śmietnik przestają mieć ze sobą jakikolwiek związek i do akcji wkraczam ja. Przejmuję toaletkę, dostrzegam jej potencjał. Początkowo chcę ją przemalować na biało, bo jestem w fazie białej. Za chwilę jednak decyduję się ją po prostu odnowić, bo nie dość, że przechodzi mi faza biała, to dostrzegam piękno słoi na tym czymś na wierzchu, co, jak dowiem się później, zowie się fornirem. Zastanawiam się, jak usunąć lakier chemoutwardzalny. Przeszukuję internet, który prawdę mi powie, dowiaduję się, że toaletka wcale nie jest pokryta lakierem. Zonk. Już mam zamiar zamknąć tę wielce rozczarowującą witrynę, gdy kątem oka dostrzegam napis "warsztaty renowacji mebli". Jeden klik i już jestem napaloną, przejętą, zniecierpliwioną kursantką typu "ja, ja, wybierzcie mnie!". 

Warsztaty odbyły się w ubiegłym tygodniu. Spieszę przedstawić fotoreportaż sprzed, w trakcie i po. Uwaga: niektóre zdjęcia zawierają drastyczny materiał. Tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

Zapamiętajcie dobrze te obrazy. Oto toaletka w stanie "przed", tj. w stanie śmietnikowym, brudnym, zapuszczonym, jak ją pan bóg stworzył i nie zagonił aniołków do przetarcia blatu szmatką.
Czego tam nie ma! Wypłowiała boczna ścianka, połamany fornir na blacie, wyszczerbiony rancik u dołu, sto tysięcy wygłodniałych korników, które na szczęście zdążyły zmienić lokum.

     
 
Takie oto "cudo" pojechało w bagażniku Fiata Doblo na Brzeską na warsztaty. 

Galerii "Stara Praga" uczyłam się rzemiosła pod okiem Pani Anety:


 Niewiele było czasu na rozmowy. Po zmianie ciuchów na takie, z którymi nawet tara nie chciałaby mieć do czynienia, przystępowaliśmy do pracy. Zmasowany atak narzędzi nie pozwalał myśleć o niczym innym niż stolarka. Wszechobecny pył zniechęcał do wiszenia na komórce.


Krótka część teoretyczna i przejście od słów do czynów. Skrobak, papier, rękawice i siła dwóch rąk (momentami niewystarczająca).


Nie bójmy się tej opinii: skrobany mebel wygląda okropnie. Człowiek patrzy na swoją smutną szarą, rozczłonkowaną toaletkę i zaczyna się zastanawiać, czy dobrze zrobił... 

A jeśli górne zdjęcie uważacie za zbyt drastyczne, poniżej rozczłonkowany mebel w łagodzącym szok aranżu:


Wieczór zakończył się kilkoma skurczami w palcach i panicznym ściąganiem rękawicy z krzykiem: "Czy ja sobie właśnie zdarłam skórę?! Przez pokrytą gumą rękawicę?!"

Na szczęście do domu wróciłam cała i zdrowa, by następnego dnia kontynuować pasjonującą przygodę ze skrobaniem. 




Toaletka zaczęła wyglądać coraz lepiej. Wypłowiała ścianka pojaśniała ze szczęścia, spękany blat na powrót stał się jednością.

Aż tu nagle... Olaboga!! Szpachlowanie!!! Zabiegi oszpecające! 

 (Dziękuję wam, cholerne korniki, za każdą cholerną dziurę, którą musiałam zalepić!)

Na szczęście przyszedł czas na olejowanie i po raz pierwszy ujrzałam światełko w tunelu, czyli mebel zyskał intensywną barwę.
 


31 sierpnia 2016

Sielski sierpień

Niniejszą notką postanowiłam wrócić do tradycji fotoopowieści. 

Ponieważ buduję dom, nie dla mnie są w tej chwili wojaże zagraniczne czy wakacje w malowniczych zakątkach. Aparat miesiącami kurzył się i płakał, że go nie używam. Biedactwo. Współczułam i z rosnącym poczuciem winy omijałam go wzrokiem. Jednak w ubiegłym tygodniu portale pogodowe zaskoczyły mnie informacją o fali upałów. Wobec takich rewelacji rzadko pozostaję obojętna. Wzięłam szybki urlop, nie wzbudziłam podejrzeń szefowej, wsiadłam do pociągu relacji Warszawa - Kutno i w dwie godziny przeniosłam się w rodzinne strony. 

Aparat niemiłosiernie ciążył i zajmował pół plecaka. Gdyby nie kosztował tyle, ile kosztował, wcisnęłabym go komuś, kto ma wszystkie dyski w kręgosłupie na miejscu. Żeby tego było mało, miejsca na mamine mrożonki zostało tyle, co w kolejce do lekarza. Jednak przyroda wynagrodziła wszelkie trudy i uszczerbki na zdrowiu. Inspirująca i bujna jak kształty Kim Kardashian z ochotą pozowała do zdjęć. 

Dowody tego owocnego spotkania zamieszczam poniżej :-)

Zaczęłam na luzie od klasycznego byczenia się na leżaku, na kolorowej działce mamy.

dalie

Działka tonie w kwiatach, ganek tonie w nasionach na kolejny rok. Kwiatami spokojnie dałoby się obsiać całą powierzchnię, rezygnując z trawy.






















Gdybyście uznali, że to mało, bardzo proszę:


Ale udajmy się na spacer. Możliwości są trzy:

Spacer nad zalew, czyli jedno z miejsc, w których nie spotkasz nikogo, oprócz pani Haliny, która jest wszędzie. Po moim powrocie mama już wiedziała, że byłam nad zalewem i że miałam ze sobą aparat. Reszta szczegółów relacji została utajniona.

zalew

Można też zagubić się w lesie. Jednym z dwóch, bowiem moje rodzinne strony tak naprawdę ukryte są w lesie przed wzrokiem niepowołanych osób.


A jeśli idziemy przez las, to u jego wylotu przedzieramy się środkiem pola i trafiamy do mojej podstawówki :-)

sielanka

Podstawówka parę lat temu została zamknięta. Być może dlatego, że np. przy rzucie piłką lekarską zahaczało się o sufit sali gimnastycznej.

Szlak, z którego robiłam zdjęcie pokrywał się z tak zwaną pętelką, czyli trasą biegu, który pozwalał nam zaliczyć 45 minut wuefu, a przy okazji ukraść po drodze parę jabłek z czyjegoś podwórka. Tym razem nie kradłam jabłek, tylko sekrety domu za oknem ;-)


Ale ale... jesteśmy na wsi, czyli korzystamy z trzeciej opcji spaceru. Wieś jest spokojna i kolorowa...

wieś

Można by powiedzieć, że nawet pies z kulawą nogą mnie nie widział, ale...

gospodarstwo

Oto pojawił się ów fajny koleżka, który nie dość, że miał wszystkie łapy zdrowe, to z ochotą wziął udział w sesji zdjęciowej.

Podobnie zresztą jak jego parzystokopytne koleżanki.


wieś

 




















Choć ta druga spoglądała na mnie nieco podejrzliwie.

wieś

Łaciatym nie w głowie były jednak waśnie. Postanowiły oddać się relaksowi w cieniu na trawie.

wieś

1 sierpnia 2016

To nie jest pogodna notka

I wcale nie chodzi o deszcz.

Piszesz opowiadanie na MFO? Piszesz nową książkę?! W ogóle coś teraz piszesz?!

Nie. Nie. Nie.

Za wyjątkiem tych kilkunastu nieukończonych opowiadań, które po drugim akapicie uznaję za gówno i kasuję, nie napisałam niczego. Od października ubiegłego roku. 

Straciłam głos. To takie uczucie, jakbym założyła gorset i dwóch chłopa z całej siły ściągnęło i zawiązało sznurki. Nie mogę oddychać. 

Żaden z wymyślonych bohaterów nie jest fascynujący. Każda opisana przygoda jest nudna. Każde uczucie dziecinne. Humorystyczna uwaga irytująca. Nawet gdyby udało mi się ukończyć którykolwiek tekst, jestem pewna, że nie miałby pointy. Dlatego bezpieczniej nie kończyć.

Dławię się. 

Pozwoliłam sobie delikatnie wypuścić powietrze wczoraj. Po prostu ulżyło mi, że skończył się termin nadsyłania opowiadań na Międzynarodowy Festiwal Opowiadania. Skończyła się presja.

Mogę się łudzić, że gdy będę miała własny pokój... gdy uwolnię myśli od ważnych spraw... gdy przewiozę dwieście pięćdziesiątą taczkę z piachem... może wtedy... 

A może czas przestać podtrzymywać fikcję.

wyschło


P.s W pozostałych sprawach mam mniej wisielczy nastrój. Dlatego pozwoliłam sobie skupić się właśnie na nich. 

23 maja 2016

Skarby z Warszawskich Targów Książki 2016

Tegoroczne Warszawskie Targi Książki / Warsaw Book Fair stały pod znakiem mojego napadu na stoisko Motyleksiazkowe.pl




Dowiedziałam się, że dostępne będą egzemplarze antologii Obiecaj, w której znajduje się moje opowiadanie Najpierw dziecko. Antologia zawiera teksty autorów nominowanych do nagrody w konkursie organizowanym w ramach ubiegłorocznej edycji wrocławskiego Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania. Przy okazji, organizatorzy ogłosili właśnie temat tegorocznej edycji. Zatem Bydgoszczanie do piór! Może i ja spróbuję, choć nie jestem z Bydgoszczy i chociaż nic dwa razy się nie zdarza, ale co tam! 

Drugi ważny punkt mojej wizyty na targach to pierwsze historyczne spotkanie z Łukaszem Orbitowskim

 

Czytam go od czasów Tracę ciepło, czyli od 2007 r., a nawet opowiadań w Nowej Fantastyce. Tylko nigdy nie udało mi się dotrzeć na jego spotkanie autorskie. Aż nastał piątek! Wpadłam na ostatnie dziesięć minut. 

Autor odpowiadał akurat na pytania publiczności. Za chwilę pożegnał się i zgodził podpisać parę książek. Ja nie miałam żadnej, bo przerzuciłam się na czytnik. Już byłam przy drzwiach, już uspokajałam emocje związane ze spotkaniem idola z plakatu, gdy przypomniała mi się sytuacja, jak to nieomal zaprzepaściłam szansę na wywiad z innym idolem z plakatu. Gdyby nie stojący obok koledzy, którzy praktycznie sprzedali mi kopniaka na rozpęd, nie byłabym dziś autorką najdłuższego wywiadu, jakiego polskim mediom udzielił Peter Gade - najlepszy badmintonista w Europie. 

W piątek stanęłam przed podobnym problemem, tyle że obok zabrakło kolegów do pomocy. Sama musiałam podjąć męską decyzję. Zawróciłam, otworzyłam swój różowy pamiętniczek i poprosiłam Pana Łukasza o wpis zastępczy. Oto on:



Jeśli chodzi o ofertę książkową, z żalem wpatrywałam się w co najmniej 5 książek, które chciałabym mieć, ale wydawnictwa nie wymyśliły jeszcze, jak trafić do czytelników e-booków. Dlatego kupiłam sobie mapę na pocieszenie. Ale wtedy na scenę wkroczył mąż z datkiem (bo przecież nie można być na Targach i niczego nie kupić!) i takim oto sposobem wróciłam do domu z najnowszą powieścią Elif Shafak Uczeń architekta oraz 1945. Wojna i pokój Magdaleny Grzebałkowskiej. Autorka kupiła mnie swojego czasu błyskotliwym odczytem fragmentów książki, więc jej zakup był tylko kwestią czasu.



A Wy macie jakieś skarby?

18 maja 2016

Proza, która boli

Trudno pisać o tej książce, nie popadając w skrajny sentymentalizm, ale i nie spłycając dramatu, który się w niej rozgrywa. Jeden z bohaterów na kilkuset stronach szarpie się z wrogami, przyjaciółmi i ze sobą samym, z demonami we własnym umyśle i tymi jak najbardziej realnymi - w ludzkiej, myląco życzliwej skórze.



Małe życie Hanyi Yanagihary to tragedia człowieka, który wskutek doświadczeń z dzieciństwa tak skrajnie znienawidził siebie i swoje ciało, że wymierza mu bolesne kary i tylko one są w stanie przynieść mu ulgę. Chwilową. Na dodatek nie uważa, by w jakikolwiek sposób zasługiwał na dobro, które go spotyka w późniejszym, lepszym życiu.
Doświadczy tego mrowienia, tego dreszczu wstrętu, który dopada go w najszczęśliwszych i najpaskudniejszych chwilach i zadaje mu pytanie, za kogo się uważa, że sprawia kłopot tak wielu osobom, że przyznaje sobie prawo, by żyć dalej, gdy jego własne ciało mówi mu, że należy przestać.
A powiedzieć trzeba jasno, że w późniejszym życiu, tym drugim, zdawałoby się lepszym, spotyka go dużo miłości. Miłość to w tej książce bardzo ważny motyw. Jest wielka, trudna, cierpliwa, niezłomna, płochliwa i destrukcyjna.

O jakichkolwiek nieistotnych mankamentach nie warto nawet wspominać w świetle przytłaczającego bólu, jaki towarzyszy lekturze Małego życia. Jest to bowiem powieść dla ludzi o mocnej konstrukcji psychicznej. Najpierw każe wziąć głęboki wdech, potem odpocząć i dopiero wtedy podjąć chociaż próbę zmierzenia się z tym, co zostało powiedziane. A zadanie to niejednokrotnie okazuje się tak trudne, że niemożliwe.

Odczuwam mały niedosyt, ponieważ autorka na pewnym etapie powieści porzuciła osobiste historie dwóch z czwórki kumpli, a przecież życiorysy każdego z nich były interesujące, wyjątkowe. Mam jednak świadomość, że gdyby Yanagihara rozdzielała uwagę po równo między Jude'a, Willema, Malcolma i JB, nie zmieściłaby się w obrębie jednej powieści. Pozostaje mieć nadzieję, że swój talent do portretowania wyjątkowych postaci wykorzysta w kolejnych książkach.

26 lutego 2016

Z kim walczy Karl Ove

W najnowszym numerze Kwartalnika UPRP można przeczytać mój artykuł zatytułowany "Z kim walczy Karl Ove" na temat autobiografii Karla Ove Knausgarda Moja walka.



Pisałam go świeżo po lekturze trzeciego tomu. Dowiecie się między innymi, jak everyman staje się bohaterem bestsellera, jak działa wewnętrzny krytyk, co usłyszała żona Knausgarda i jeszcze więcej.

Cały artykuł można przeczytać np. w wersji PDF tutaj  (str. 163-165).

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

24 lutego 2016

Obgryzanie kanapy

Liz Gilbert to autorka bestsellera Jedz, módl się, kochaj, ale i pisarka/ kobieta, którą bardzo podziwiam. Jej wystąpienie w ramach konferencji TED uważam za wyjątkowo inspirujące. Myślę, że każdy, kto tworzy i miewa kryzysy twórcze powinien choć raz go posłuchać (a nawet zawsze w chwilach zwątpienia pt. "ja się do tego nie nadaję"). Pisarka odmitologizowuje obraz cierpiącego twórczego geniusza.

Wystąpienie Gilbert okazało się takim sukcesem, że w ubiegłym roku, nakładem wydawnictwa Rebis, ukazało się polskie tłumaczenie jej najnowszego utworu Wielka magia. Z rozmysłem piszę "utworu", ponieważ nie jest to powieść. Tekst nie jest również poradnikiem pisarskim (całe szczęście, bo tych mamy już bez liku), ale niejako rozwinięciem tego, co autorka powiedziała w czasie wystąpienia. Gilbert wyjaśnia, dlaczego pisze i dlaczego uważa, że działalność twórcza jest spoko.

(…) każdy z nas musi znaleźć sobie w życiu do robienia coś, co go powstrzyma przed obgryzaniem kanapy. Może się to stać naszym zawodem lub nie, ale musi to być zajęcie, które pozwoli nam się oderwać od przyziemnych obowiązków i wyrwie nas choćby na chwilę ze stałych i ograniczających ról w społeczeństwie.
 
Ponieważ od miesięcy żalę się, jeśli nie tu na blogu, to wszystkim dookoła, którzy jeszcze mnie znoszą, że zacięło mi się pióro, chciałabym wam opowiedzieć historią, którą wyczytałam w Wielkiej magii. Jeśli zdecydujecie się przeczytać książkę i wyłapiecie nieścisłości, wybaczcie - referuję z głowy.

Otóż Liz Gilbert ma kolegę dramatopisarza. Mężczyzna napisał sztukę, która okazała się wielką klapą. Krytyka nie pozostawiła na nim suchej nitki. Facet się załamał. Usiadł na ganku i koniec. Po autorze. Może, jak już wróci do świata żywych, zajmie się murarką albo księgowością?

Pewnego dnia podeszły jego dwie córki i poprosiły, żeby im pomalował rowery. Facet wziął się do pracy. Pomalował ramy na czerwono. Potem inny element w biało-czerwoną spiralę. Na koniec wziął się za upiększanie rowerów małymi kolorowymi gwiazdkami.

Nie musiał długo czekać, a pod jego gankiem pojawiła się koleżanka córek. Oczywiście też chciała kolorowy rower. Jak zachował się bohater opowieści? Chwycił pędzel i zrobił, o co prosiła. Za parę dni przyszła kolejna koleżanka. I tak dalej. Mężczyzna przyjmował zlecenia i cierpliwie dekorował rowery dziewczynek tak pięknie, jak tylko potrafił.

Minęło kilka tygodni, aż zauważył, że blokada twórcza puściła. Kierując swoją kreatywną energię na coś innego, prostego, pozbył się myśli o porażce, zdjął z siebie presję, oczyścił umysł i otworzył go na powrót do pisania.

Po przeczytaniu tej historii pomyślałam o maszynie do szycia, którą kupiłam w zeszłym roku i na której w ostatnich miesiącach uszyłam kilka woreczków, wykonałam parę poprawek, a teraz zbieram się do uszycia poszewek i nowego etui na czytnik. Poza tym zintensyfikowałam treningi badmintona (co akurat zakończyło się kontuzją kręgosłupa, ale kto by się przejmował takimi szczegółami ;-)) i sprawiało mi to wielką frajdę (i nadal sprawia, już po powrocie ze zwolnienia ;-)).

Rozumiecie, co mam na myśli? Też przez to przechodzicie?

Zobaczcie, co pisze Gilbert w Wielkiej Magii:

Każdy ruch pomaga przezwyciężyć niemoc twórczą, bo ruch zawsze przyciąga natchnienie. Powymachuj rękami. Stwórz coś. Zrób coś. Zrób cokolwiek.

A jeśli przypadkiem kiedyś natknie się na ciebie wielkość, niech cię przyłapie na ciężkiej pracy.

:-))) 

W piątek zaczęłam pisać opowiadanie. Może będzie fajne, ale nie chcę zapeszyć.

Pozdrawiam każdego, kto cierpi męki twórcze! Wycziluj ;-)

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska