5 września 2016

Nie rąb i nie pal. Wszystko co kobieta powinna wiedzieć o drapaniu

Dawno dawno temu, gdy mieszkałam w lesie w miejscowości, której nie było na mapie, nie przypuszczałam, że zostanę badmintonistką i będę grała na Stadionie Narodowym. Nie przypuszczałam też, że będę pisać książki. Ani tym bardziej, że ukażą się one drukiem.

Tak samo nie spodziewałam się, że zainteresuje mnie renowacja. Tymczasem właśnie ukończyłam warsztaty i odnowiłam pierwszy w życiu mebel. I chyba wpadłam w nałóg, bo już kupiłam papier ścierny i skrobak. Ach, i dostałam szlifiereczkę! Ale przecież te stare brudne krzesła, które stoją w garażu, same się nie odnowią ;-)

Zaczęło się od śmietnika. I od męża. Na śmietniku mąż znalazł toaletkę. Tu mąż i śmietnik przestają mieć ze sobą jakikolwiek związek i do akcji wkraczam ja. Przejmuję toaletkę, dostrzegam jej potencjał. Początkowo chcę ją przemalować na biało, bo jestem w fazie białej. Za chwilę jednak decyduję się ją po prostu odnowić, bo nie dość, że przechodzi mi faza biała, to dostrzegam piękno słoi na tym czymś na wierzchu, co, jak dowiem się później, zowie się fornirem. Zastanawiam się, jak usunąć lakier chemoutwardzalny. Przeszukuję internet, który prawdę mi powie, dowiaduję się, że toaletka wcale nie jest pokryta lakierem. Zonk. Już mam zamiar zamknąć tę wielce rozczarowującą witrynę, gdy kątem oka dostrzegam napis "warsztaty renowacji mebli". Jeden klik i już jestem napaloną, przejętą, zniecierpliwioną kursantką typu "ja, ja, wybierzcie mnie!". 

Warsztaty odbyły się w ubiegłym tygodniu. Spieszę przedstawić fotoreportaż sprzed, w trakcie i po. Uwaga: niektóre zdjęcia zawierają drastyczny materiał. Tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

Zapamiętajcie dobrze te obrazy. Oto toaletka w stanie "przed", tj. w stanie śmietnikowym, brudnym, zapuszczonym, jak ją pan bóg stworzył i nie zagonił aniołków do przetarcia blatu szmatką.
Czego tam nie ma! Wypłowiała boczna ścianka, połamany fornir na blacie, wyszczerbiony rancik u dołu, sto tysięcy wygłodniałych korników, które na szczęście zdążyły zmienić lokum.

     
 
Takie oto "cudo" pojechało w bagażniku Fiata Doblo na Brzeską na warsztaty. 

Galerii "Stara Praga" uczyłam się rzemiosła pod okiem Pani Anety:


 Niewiele było czasu na rozmowy. Po zmianie ciuchów na takie, z którymi nawet tara nie chciałaby mieć do czynienia, przystępowaliśmy do pracy. Zmasowany atak narzędzi nie pozwalał myśleć o niczym innym niż stolarka. Wszechobecny pył zniechęcał do wiszenia na komórce.


Krótka część teoretyczna i przejście od słów do czynów. Skrobak, papier, rękawice i siła dwóch rąk (momentami niewystarczająca).


Nie bójmy się tej opinii: skrobany mebel wygląda okropnie. Człowiek patrzy na swoją smutną szarą, rozczłonkowaną toaletkę i zaczyna się zastanawiać, czy dobrze zrobił... 

A jeśli górne zdjęcie uważacie za zbyt drastyczne, poniżej rozczłonkowany mebel w łagodzącym szok aranżu:


Wieczór zakończył się kilkoma skurczami w palcach i panicznym ściąganiem rękawicy z krzykiem: "Czy ja sobie właśnie zdarłam skórę?! Przez pokrytą gumą rękawicę?!"

Na szczęście do domu wróciłam cała i zdrowa, by następnego dnia kontynuować pasjonującą przygodę ze skrobaniem. 




Toaletka zaczęła wyglądać coraz lepiej. Wypłowiała ścianka pojaśniała ze szczęścia, spękany blat na powrót stał się jednością.

Aż tu nagle... Olaboga!! Szpachlowanie!!! Zabiegi oszpecające! 

 (Dziękuję wam, cholerne korniki, za każdą cholerną dziurę, którą musiałam zalepić!)

Na szczęście przyszedł czas na olejowanie i po raz pierwszy ujrzałam światełko w tunelu, czyli mebel zyskał intensywną barwę.