23 lutego 2015

"Pijany skryba" w wersji papierowej!!!

Pragnę z głębi serca przeprosić Puszczę Amazońską, Park Yellowstone, lasy namorzynowe i państwowe. Mam nadzieję, że nie dosięgnie mnie zemsta Misia Yogi ani żubra, który w puszczy piszczy.


Jakie wydarzenie stoi za moim dramatycznym apelem?

Uwaga, uwaga, werble, orkiestra dęta z Szydłowca daje czadu, bo oto...

Pijany skryba ukaże się w wersji papierowej w tym kwartale lub na początku następnego! Tak jest! (A ja każdy pieniek z lasu, który ucierpi wskutek druku Skryby, obiecuję uzupełnić polanami z mojego, nieistniejącego jeszcze, kominka.)

Jak powiedział Maciek - główny bohater wyżej wymienionego bandyckiego tekstu: Nie czytałem tej powieści, gdyż ktoś dla ułatwienia nakręcił film. Nasłuchawszy się głosów czytelników, którzy nad wygodę korzystania z czytników przedkładają zapach książek i szelest kartek, słowem - klasyków - dla ułatwienia oddam w ich ręce Skrybę z papieru. 

Nawiasem mówiąc, dla prawdziwych fetyszystów wyszukałam coś takiego: książkowe świece zapachowe ;-) U mnie od dziś palić się będzie świeczka o obiecującym aromacie księgarni. 

Uspokajam tych, którzy wahają się między kupnem wersji papierowej a elektro. Ta druga nie zajmuje wiele miejsca, tę pierwszą można wykorzystać na różne sposoby, np. takie, które niejednemu (Maćkowi) uratowały życie:

Znalazłem się w potrzasku. Za plecami wysokie oparcie, po bokach podłokietniki jak ścianki szafy, przede mną szaniec usypany z powieści. Za szańcem wróg z naładowaną bronią. 

Strach pomyśleć, co by się stało z Maćkiem, gdyby na linii strzału nie znajdowała się sterta niezastąpionych woluminów.

K.A. Kowalewska Pijany skryba

Bierzcie i czytajcie z tego wszyscy.
To jest bowiem <<Pijany skryba>>, który na papierze będzie wydany :-))


Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

17 lutego 2015

Tajemnica pracy nad nową powieścią: miejsce akcji

Pamiętasz patent z Pijanego skryby? Część akcji dzieje się w Warszawie, część w fikcyjnej miejscowości w centralnej Polsce. To rozwiązanie tak bardzo przypadło mi do gustu, że korzystam z niego również w pracy nad nową powieścią. 


W jaki sposób?

Normalnie. Bohaterowie pochodzą z różnych stron Polski, jednak najważniejsze wydarzenia powieści rozgrywają się w fikcyjnej miejscowości, tym razem na Dolnym Śląsku.

Pozwól jednak, że zdradzę ci pewien sekret... Znają go tylko niektóre, wtajemniczone osoby, a teraz poznasz i ty.

Otóż zarówno miejscowość ze Skryby, jak i z nowej powieści naprawdę istnieje!

Ok, nie w 100%, ulice nie nazywają się tak samo, sklepy nie znajdują się na tych samych skrzyżowaniach, ale w obu przypadkach jako fundament posłużyły miejscowości, w których naprawdę byłam, a w pierwszym przypadku dosyć długo, bo 17 lat.

Oglądaliście film Incepcja? Bohaterowie Incepcji wykorzystują technologię, która pozwala na meblowanie w snach istniejących światów. Mogą wedle własnych preferencji przestawiać ulice, mosty, burzyć kawiarnie, budować kina, np. w Nowym Jorku. Patent, który wykorzystuję w swoich powieściach działa na podobnej zasadzie. Bazuję na prawdziwym miejscu, tylko mebluję je tak, jak mi odpowiada.

Metoda podpatrzona w filmie bardzo ułatwia pisanie. Zapewnia swobodę w doborze tła wydarzeń, jednocześnie pozwalając na dobre orientowanie się w przestrzeni. Byłam tam, więc wiem, ile czasu potrzeba, by dostać się z punktu A do B, wiem, o której wymiera życie towarzyskie, czym zajmują się mieszkańcy, gdzie kupują chleb. Przemieszczam się w tej przestrzeni swobodnie, jednak gdy natrafię na jakąś przeszkodę, po prostu ja usuwam. To się nazywa władza, co nie?

A teraz uchylę rąbka kolejnej tajemnicy. Szykuj się na prawdziwą bombę, bo tego sekretu nie zna jeszcze nikt. Będziesz pierwszą osobą, która się o tym dowie!

Gotowy? Zatem posłuchaj.

Miejsce, w którym rozgrywa się akcja mojej nowej powieści, to pensjonat wzorowany na tym budynku:


Przy jednym z poniższych stolików bohaterka piła wczoraj kawę, podglądała podlewającą kwiaty właścicielkę pensjonatu, myślała o swoim przyjacielu, który prawdopodobnie już nim nie jest.


Okolica przedstawiona w powieści jest wariacją na temat okolicy wokół pensjonatu ze zdjęć. W mojej wersji pensjonat ma innego właściciela, w innym roku powstał i dla innych celów. Warto poznać ciekawą historię jego budowy, lecz w mojej powieści zyskał własną, niezwykłą legendę. Dobrą czy złą, tego już nie zdradzę.

Na koniec zagadka: wiesz, co to za miejsce i gdzie się znajduje? Napisz w komentarzu. Niebawem sama skrobnę więcej na ten temat.

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

13 lutego 2015

Kasiu, ale znowu?

Z udziałem w konkursach na opowiadanie jest tak z piciem wódki, zarzekasz się, że więcej tego nie zrobisz, po czym w podskokach, jak kolorowy, prostoduszny motylek lecisz z kartkami, wołając: to ja, to moje! Weźcie mnie! Pokażcie światu moje nowe, rewolucyjne dzieło! Na szczęście kac po konkursie nie jest tak straszny, jak po wódce, nawet gdy masz już swoje lata. Chyba że nie po drodze ci z krytyką i porażką. Ale wtedy, stary, nawet klin ci nie pomoże.


Teraz uwaga: moja grupa pisarska Jak minął twój pisarski tydzień? ogłosiła dziś czwarty w historii swojego istnienia konkurs na opowiadanie. (Tylko, jeśli chcesz wziąć udział, musisz być członkiem grupy. Jak by co, mogę uruchomić swoje kontakty.) Konkurs odbywa się pod hasłem "A wszystko przez tę książkę", które nieudolnie ilustruje poniższy plakacik mojej produkcji:


Uwierzcie mi, prawdziwy plakat jest o wiele ładniejszy, a przede wszystkim profesjonalny, ale że nie mam do niego praw autorskich, postanowiłam wrzucić coś z własnej manufaktury. (A przy okazji dać upust swojemu zamiłowaniu do bajeranckich efektów w programie do obróbki zdjęć.)

W pierwszym konkursie na opowiadanie wigilijne nie zrobiłam kariery. Nikt nie docenił mojego przepełnionego miłością, opartego na prawdziwych motywach opowiadania o psie, czego do dziś nie przebolałam. Drugi konkurs był moim największym sukcesem. Moje opowiadanie Take a walk on the wild side zdobyło chyba drugą nagrodę publiczności, ale nie będę się rozpisywać, bo czytaliście o tym już pewnie w siedmiu notkach, na ośmiu ścianach na fejsie i wyciągaliście Take a walk... z lodówki razem z serem żółtym na kanapkę. 

Trzeci konkurs grupy Jak minął... zakończył się nie tak dawno. Napisałam na niego czarną komedię Moja rodzinka. Czytaliście? Mnie się podobała. Jury nie. No trudno.

A tu dziś proszę państwa został ogłoszony konkurs pod hasłem "A wszystko przez tę książkę". Temat możemy zinterpretować w dowolny sposób i tu akurat o pomysły się nie martwię, bo jak ktoś, kto przez cały dzień czyta albo pisze książki (z przerwą na pracę), miałby nie mieć na ich temat nic do powiedzenia. Problem w tym, że już przy okazji ostatniego konkursu nie miałam czasu (nie chciało mi się) czytać i oceniać wszystkich opowiadań (50!!!). A w tej edycji konkursu jest to obowiązek. Istnieje szansa, że wymóg podziała jako straszak i odpędzi kilku interesantów (w tym mnie), dzięki czemu zmaleje liczba opowiadań do sprawdzenia. Ale uff, tym razem każdy może napisać tylko jedno opo. Spoko.

Waham się: pisać, nie pisać, czy jury doceni moje wiekopomne dzieło, czy znów kompletnie zignoruje mój niewątpliwy talent, ale historia uczy, że sukces odnosi się co drugi raz, więc wypada, że teraz laury otaczające moją głowę będą tak gęste, że przysłonią mi widoczność.

Dobra, konkurs trwa do 20 marca. Jeśli wezmę w nim udział, opowiadanie napiszę dopiero pod koniec, kiedy już się zorientuję, ile mam do przeczytania i ocenienia. Dobry plan? Dobry. A morał z tego taki, że opowiadanie, które się spodoba, wyląduje w pokonkursowej antologii. Antologia zostanie wydana w formie ebooka i każdy człowiek na Ziemi będzie mógł ją pobrać. Czy taki rodzaj promocji twórczości jest dobry, czy zły? Nadal się waham. Ale czy taki no-name jak ja ma cokolwiek do stracenia? Poza tym udział w konkursie mogę potraktować jako dobrą zabawę. Przynajmniej coś napiszę, zamiast jojczyć na brak weny.

Masz jakieś zdanie na ten temat?

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

12 lutego 2015

Wspieram pod prąd

Wspieram Owsiaka, schroniska dla psów, klikam na miski ryżu. Nie daję na Caritas ani na tacę. Z pasją kibicuję projektom "nieprzydatnym", "niepraktycznym", takim, których celem nie jest poprawienie jakości życia, tylko spełnienie marzeń. Popieram pozytywne inicjatywy. Bliższa jest mi świecka filantropia niż chrześcijańska charytatywność. To jest mój manifest.


Pod koniec ubiegłego roku grupa osób postanowiła uwierzyć w projekt Autostop(y) i wsparła finansowo wydanie naszej antologii (premiera w marcu!). Jestem wdzięczna wszystkim i każdemu z osobna. Od tej pory z dużym zainteresowaniem śledzę inicjatywy ogłaszane na polakpotrfi.pl. A teraz nadszedł czas oddać, co dostałam. Chcę, aby inni poczuli taką samą radość ze spełnionych marzeń. Mniejszych i większych, jedynych i pięknych.

Cieszę się, że udało mi się przyczynić do powstania flagi z kartek dla Slasha. Co prawda nie dotarłam na koncert dawnego idola, ale ze zdjęcia, które przysłali mi organizatorzy akcji wynika, że zabawa była przednia. Super!

Dziś próbuję pomóc w realizacji filmu "Śledztwo". Dlaczego? Ponieważ wierzę w niego i ponieważ dowiedziałam się, kim są jego twórcy:
Jesteśmy ludźmi, których połączyła wspólna pasja - miłość do kina. Film bowiem jest najważniejszą ze sztuk. Łącząc w sobie elementy plastyczne, muzykę oraz słowo, staje się  najgłębszym źródłem wiedzy o człowieku. A człowiek  interesuje nas przede wszystkim. Jesteśmy pasjonatami, dla których film stał się nie tylko hobby, ale i sensem życia.
Film "Śledztwo" jest projektem studentów Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego, opartym na motywach opowiadania Stanisława Lema pod tym samym tytułem. Opowiada o prywatnym detektywie, który próbuje rozwikłać tajemnicę zaginięć mieszkańców pewnego miasta. Projekt ma dotrzeć do widowni nastawionej na produkcje artystyczne i metaforyczne. Trzymam kciuki, żeby autorzy zdobyli wymarzone nagrody na festiwalach. Ale najpierw muszą zebrać środki.

Masz może ochotę obejrzeć doskonały trailer filmu i wesprzeć "Śledztwo"? Zajrzyj na polakpotrafi.pl albo stronę projektu na FB. Do zakończenia zbiórki zostało już tylko 31 dni!
Halo, autorzy! Myślę o was bardzo ciepło i życzę powodzenia!!!

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

7 lutego 2015

"Będąc obrazem, nie jesteś człowiekiem"

Europa, początek XXI wieku, świat sztuki zdominowany przez nurt HD. Wbrew temu, co w pierwszej kolejności przychodzi na myśl, nie chodzi o wysoką rozdzielczość, tylko o nurt hiperdramatyczny. Sztuka hiperdramatyczna to coś zupełnie niewiarygodnego i... przerażającego. To osnowa powieści Klara i półmrok Jose Carlosa Somozy.


Wyobraź sobie, że płótno, na jakim artysta maluje obraz, jest człowiekiem. Wyobraź sobie, że taki człowiek, w zależności od swojej jakości i kunsztu artysty, jest gruntowany, potem napinany, a na końcu malowany. Aby być wyrazistym, wyśmienitym płótnem, przyjmuje specyfiki na rozluźnienie mięśni, tabletki zatrzymujące potrzeby fizjologiczne, smaruje się przeróżnymi balsamami, na trwałe depiluje wszelkie owłosienie i zgadza się, by artysta zamalował jego gałki oczne, wszystkie otwory w ciele, a nawet według własnych preferencji zajął się organami.
Klara i półmrok recenzja

Gotowy obraz przestaje być człowiekiem. Staje się przedmiotem, który można podziwiać w galerii czy prywatnym salonie, a nawet kupić. Obraz, który przestaje być człowiekiem, wprowadza się w stan Spokoju. W nieruchomej, często nienaturalnej pozycji musi wytrwać wiele godzin. A jeśli nie wytrzymuje jego kręgosłup, psychika, może zwrócić się do działu Konserwacji. Niekiedy, po zmyciu farby, może na noc udać się do domu, ale pozostaje zagruntowany. Taka postać jest "gładka, wypolerowana, zredukowana do minimum wyrazistości i ometkowana". Ometkowana? Tak. Obraz na szyi, nadgarstku i kostce nosi metki, żeby wszyscy wiedzieli, jaki artysta go namalował. Obraz uważa, że to praca, jest z siebie dumny, marzy, by jakiś geniusz przerobił go na wybitne dzieło.

Kto jednak nie dostąpi zaszczytu stania się dziełem czy nawet przeciętnym, niedrogim obrazem, może co najwyżej szukać zatrudnienia jako ozdoba albo przedmiot. Może być elementem dekoracyjnym w czyimś hallu, ogrodzie, może zostać krzesłem, lampą albo popielniczką. "Ozdoby i sprzęty muszą być stale gotowe i zjawiać się tam, gdzie im się każe, i zawsze, kiedy im się każe, bez względu na porę dnia czy nocy, na to czy pada deszcz i czy mają na to ochotę." A jeśli to nie brzmi wystarczająco groźnie, płótno może wynająć się do nielegalnych art-szoków czy sztuki splamionej. W czasie takich pokazów, w mroku piwnicy, gdzie stałym elementem jest seks i przemoc, obraz może zostać uszkodzony, a nawet zniszczony. Czego się jednak nie robi dla sztuki?

No właśnie. Somoza, przedstawiając wizję alternatywnej Europy i jej przyzwyczajeń stawia wiele pytań dotyczących człowieczeństwa i, jeśli się chwilę zastanowić, wizja ta niewiele różni się od naszej obecnej rzeczywistości. Sztuka współczesna już teraz szokuje, balansuje na krawędzi. Dzięki różnorodnym happeningom, body-art staje się interaktywna i dwuznaczna. Wystarczy wspomnieć artystki, które z ekranu telewizora zachęcały widzów, by dzwonili do nich i mówili, co mają ze sobą zrobić, po czym faktycznie to robiły. Pomimo początkowego oporu, program szybko zmienił się w show wyłącznie dla dorosłych.

Wróćmy do powieści. Zdaniem pojawiających się na jej kartach (na szczęście) przeciwników nurtu HD, "sztuka hiperdramatyczna jest zalegalizowaną formą seksualnego niewolnictwa, prostytucją dwudziestego pierwszego wieku". Nie sposób nie zgodzić się z przytoczonym stwierdzeniem. Problem w tym, że w powieści sztuka HD ma rzesze zwolenników. Ludzie marzą o tym, by być płótnami, swoje ludzkie postaci uważają za coś niewłaściwego, ułomnego. Jedna z bohaterek przeżywała koszmar z dzieciństwa, kiedy to ukradkiem dostała się na strych i spojrzała w lustrze na własne odbicie, czy, jak to określiła, przyjrzała się straszliwemu.

Sztuka hiperdramatyczna to wielki, intratny biznes. Płótna sprzedawane za miliony euro są ochraniane przez specjalnych agentów firm ubezpieczeniowych. Agentów, którzy sztukę stawiają nad człowiekiem, zrównują życie z przedmiotem, z którym można zrobić wszystko, łącznie z pocięciem. Najważniejszy jest artysta, który dzięki sugestywnym opisom Somozy, jawi się raczej jako oprawca znęcający się nad swoimi ofiarami niż malarz.

Klara i półmrok zmusza czytelnika do zastanowienia się nad znaczeniem życia i pieniądza. Przesłanie książki jest brutalne: pieniądz rządzi wszystkim, zmienia ludzi, zwłaszcza tych niedowartościowanych, dźwigających dawne traumy. Ludzi, którzy aby być docenieni, bez mrugnięcia okiem poświęcają swój kręgosłup moralny.

Powieść Somozy jest przerażająca i przez to hipnotyzująca. Wprowadzony w trans czytelnik nie jest w stanie oderwać od niej oczu. Somoza, niczym genialny malarz, jest artystą słowa. Oprócz niekwestionowanej biegłości w niuansach ludzkiej psychiki, w Klarze i półmroku okazał się mistrzem oddziaływania na wszystkie zmysły czytelnika. Jego słowa można poczuć, usłyszeć, powąchać i zobaczyć oraz, mówiąc żartobliwie, podszkolić się ze znajomości kolorów i ich odcieni, jeśli ktoś miał z nimi dotąd kłopoty. Jako ilustracja niech posłuży pierwszy z brzegu cytat: "Kolory zostały już określone; ciemnoczerwona tonacja włosów zebranych w kok; masa perłowa z różem i żółcią na skórę; delikatny rysunek brwi w kolorze ochry; brązowe oczy o lekkim, szklanym zabarwieniu; usta obrysowane na krwistoczerwono; szarobrązowe aureole piersi."

Klarę i półmrok polecam ludziom o mocnych nerwach i zdrowej psychice, którzy trochę lubią się bać (np. opisy napinania płócien), trochę lubią zagadki (tajemnica morderstw popełnionych na obrazach), lecz przede wszystkim tym, dla których ważny jest człowiek, dokąd ów człowiek zmierza, czy jest to właściwy kierunek i co jesteśmy w stanie zrobić, by rzeczywistość powieści nie stała się naszą rzeczywistością. A zdaniem autora istnieje prawdopodobieństwo, że może być o wiele gorzej.

Wszystkie cytaty pochodzą z powieści.

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

5 lutego 2015

Główny bohater, czyli trudny rachunek

Zadrżałam o moich głównych baoheterów, ponieważ przeczytałam wpis na stronie Spisku Pisarzy Jak stworzyć bohatera? Pięć pułapek, których możesz uniknąć. Jako jedną z pułapek wymieniają umieszczenie w powieści pierdyliarda bohaterów. Ups...


Ok, autor artykułu twierdzi (żeby nie było: lubię jego artykuły), że autorzy wybitnych dzieł mogą sobie pozwolić na mnożenie głównych bohaterów i milion punktów widzenia (znanych w środowisku jako POV, czyli perspektywa, z jakiej odbywa się narracja). Jest to jednak cholernie trudne i najlepiej zrobisz, niedoświadczony autorze ty, jeśli będziesz się trzymał sprawdzonego schematu: jeden główny bohater i maksymalnie trzech drugoplanowych. To pozwoli czytelnikowi faktycznie zidentyfikować się z bohaterem, zamiast miotać się od jednego do drugiego, przypominać sobie o Johnie, zapominając o Dicku itd. itp. Podobno taki system autorowi też ułatwia życie, bo ma czas na detale: osobowości, rekwizyty.


Ok.

Naprawdę lubię Spisek Pisarzy i jest to z mojej strony jedynie przyjacielska polemika. Właściwie nawet nie polemika, ponieważ ze Spiskiem się zasadniczo zgadzam. Macie rację, wasza rada jest przednia, gdzie mam się podpisać. Problem w tym, że jestem już na sześćdziesiątej ósmej stronie powieści, a głównych bohaterów mam czterech, plus mniej więcej trzech drugoplanowych, znanych z imienia, nazwiska, obdarzonych osobowościami i detalami. Nie licząc statystów.

Do diaska! Co ja teraz pocznę? Zupełnie nieświadomie wdepnęłam w krowi placek. Wcale nie czuję się obyta z piórem na tyle, by podejmować karkołomne próby na miarę George'a RR Martina, ale samo jakoś tak poleciało. Może dam radę, może nie. Póki co, mam sceny rozpisane co do minuty i w niczym się nie gubię. Najwyżej czytelnik dostanie do przeczytania sześćset stron powieści, ale to już nie mój problem, tylko czytelnika.

Trochę sobie żartuję, czytelniku wpisu, przecież nie zrzucę ci na głowę cegły, ale postaraj się zrozumieć: nie zrezygnuję z moich bohaterów! Czuję ich. Rozpisałam sobie każdy centymetr kwadratowy tych ludzi. Współczuję i chcę pomóc nieborakom. Chcę pokazać ich porażki i sukcesy, chcę żebyś polubił lub znienawidził ich razem ze mną.
 
A jeśli mi się nie uda? Trudno. W następnej powieści spokornieję i głównym bohaterem uczynię uładzoną Kasię z małej miejscowości, która przeprowadziła się do wielkiego miasta. Nuda? Cóż, takie życie. Zatem proszę mi tu nie narzekać na przelewające się wiadro bohaterów ;-)

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

2 lutego 2015

"Moja rodzinka" - najczarniejsza z czarnych komedii

Chciałbyś przeczytać moje najnowsze opowiadanie Moja rodzinka?


Ale czy na pewno chcesz podjąć ryzyko czytania czarnej komedii o nie do końca typowej polskiej familii?


W porządku. Robisz to na własną odpowiedzialność. Reklamacji nie przyjmujemy ;-)

Miłego czytania!

Kasia Kowalewska

Moja rodzinka

          Babka znów zerwała się z łańcucha. Ledwo zdążyłem zahamować. Uskoczyła spod kół i pobiegła w stronę otwartej na oścież bramy.
         – Czekaj no, niech cię tylko dorwę – warknąłem. Ona w tym samym momencie zaszczekała i pomachała mi ogonem na pożegnanie.
         Wysiadłem z auta i ruszyłem za nią, ale co może zrobić facet z dwiema lewymi nogami. W dodatku mojej postury. Gdy dotarłem do bramy, zniknęła między platanami na końcu ulicy.
         – Dębosz! – zawołała moja żona przez uchylone okno. – Dębosz! Znów uciekła?!
Rozłożyłem bezradnie ręce.
– Ano uciekła. Twoja kochana mamusia. – Podreptałem w stronę samochodu. – Mam nadzieję, że znów nie będziemy musieli się przez nią przeprowadzać – dodałem pod nosem.
– Czy to ja zostawiłam otwartą bramę? – Zatrzasnęła okno i zniknęła w głębi kuchni.
– Pi…
Moja żona Pilaria suszyła mi głowę o dosłownie wszystko. Nawet o to, że pozwoliłem jej matce zmienić się w owczarka niemieckiego. To było ostatnie życzenie teściowej przed śmiercią, a ja chciałem jeden jedyny raz być dobrym zięciem. Poza tym przystawiła mi nóż do gardła.
Ale oczywiście to moja wina, że babka odgryzła nos jakiemuś kombatantowi, który chciał ją pogłaskać i dlatego musieliśmy natychmiast ewakuować się z Bydgoszczy do Łęczycy. Wszystko to moja wina, mimo że staram się po prostu zarabiać na utrzymanie rodziny i nie wychodzić przed szereg.
Wsiadłem do auta i uruchomiłem silnik. Pi stanęła w oknie z ustami umorusanymi krwią. Aha. Znów się zdenerwowała i poczuła nieodpartą potrzebę wbicia zębów w kawał surowego mięsa na rozluźnienie. Czyli bitek dziś nie będzie. Przynajmniej dla mnie. Zajrzę w drodze z pracy do chińczyka. Może przy okazji dowiem się, czy nie przerobili babki na sajgonki.
Zresztą wolę sajgonki z teściowej niż kuchnię mojej żony, która ma dwie lewe ręce i zawsze miesza ciasto w złą stronę.
Wyjechałem tyłem i zamknąłem bramę. Pilaria gapiła się na mnie przez okno i z pewnością obmyślała plan narady rodzinnej. Gdy jesteśmy bliscy zdemaskowania, zbieramy się całą rodziną i ustalamy dalsze kroki. Jeśli babka narozrabia na mieście, dalszym krokiem będzie, w najlepszym razie, sterylizacja. W najgorszym – utrata czworonożnego członka rodziny i kolejna przeprowadzka. Szkoda, bo lubię Łęczycę. Mieszkańcy pilnują tu własnego nosa. Jeśli zwracają uwagę na jakieś dziwne zachowanie, od razu żartują z legendy o diable Borucie. Czy moglibyśmy trafić lepiej?
Kiedy ją dorwę, po prostu ukręcę łeb.
Pojechałem do pracy tylko po to, by zakończyć otwarte projekty. Sprzedałem facetowi z tubką żelu na głowie jakiś wideo szmelc. Nadałem dwie paczki z telewizorami plazmowymi zamierzchłej generacji, które powinny wysiąść za trzy miesiące. Zrobiło mi się smutno, że szef nigdy już nie da mi premii za naciągnięcie frajera.
Zabrałem z szuflady zdjęcie Pi, kiedy była moją narzeczoną. Już wtedy nosiła długie, ostre pazury, po których zostały mi ślady na plecach. W tej samej ramce trzymałem zdjęcia legitymacyjne dzieci – Kard i Janka. Postanowiłem, że Tachykardię odbiorę ze szkoły po drodze. Wydrukowałem nawet specjalne zaświadczenie, że ma wizytę u kardiologa.
Cyjanek studiował w Warszawie od chwili, gdy Pi nakarmiła jego kolegów tatarem z listonosza i kiedy stwierdził, że nie chce więcej mieszkać z nami w jednym mieście. Ale w naradach rodzinnych uczestniczył zawsze. Łączyliśmy się z nim przez Skype.
Zdjęcie babki tez kiedyś trzymałem w oprawie, ale od czasu, gdy odgryzła kombatantowi nos i za karę odebraliśmy jej imię, leżało na stercie dokumentów z reklamacjami.
Wrzuciłem do neseseru ulubiony kubek i nóż, który dostałem od Pi na gwiazdkę. Zaniosłem szefowi wymówienie. Przyjął je bez słowa, ponieważ miał piętnastu takich na moje miejsce, o czym słyszałem codziennie, ale robiłem sobie nadzieję, że szanuje moje starania bardziej niż własna żona. Tego dnia mogłem oficjalnie popukać się w głowę.
Kiedy odebrałem Kard ze szkoły o nietypowej godzinie, początkowo była zadowolona. Pocałowała mnie nawet w ucho i przebiegła parę metrów po suficie, gdy tylko woźny zniknął za zakrętem. Potem zeskoczyła prosto w moje ramiona i kazała się zanieść do auta. Niełatwo nosić nastolatki na dwóch lewych nogach, które co rusz zahaczają o siebie, ale uczyniłem to z przyjemnością. Czasami brakowało mi chwil ojciec-córka, takich jak ta. Jednak kiedy rozłożyła się w fotelu pasażera i zwiesiła głowę, wyczułem, że się domyśliła. Skoro wyciągnąłem ją ze szkoły przed końcem lekcji, oznacza to tylko jedno.
– Kard, musisz zrozumieć – powiedziałem, opuszczając parking pełen zdezelowanych, pierwszych aut nastolatków. – Miała na szyi najgrubszy łańcuch, jaki znalazłem w sklepie budowlanym i nic.
– Jasne, tato – wybełkotała Kard, wpatrzona w deskę rozdzielczą.
– W końcu to po niej twoja mamuśka ma takie ostre kły.
– Mhm – mruknęła, nawijając na palec kosmyk długich, czarnych włosów. Wcześniej była blondynką, ale przefarbowała się, gdy zabroniliśmy jej iść na bal z o pięć lat młodszym Karolkiem. I tak nas nie posłuchała.
Skupiłem się na prowadzeniu pojazdu. Jechałem szeroką aleją. Mijałem szczęśliwe łęczyckie rodziny, które mieszkały w swoich domach z dziada pradziada, nie musiały nagle zmieniać miejsca zamieszkania. Zazdrościłem im normalności. W przeciwieństwie do nas, nie mieli wątpliwości co do swojego pochodzenia i niczym nie różnili się od innych rodzin.
– Dobrze, że ty jesteś taka grzeczna – powiedziałem do córki, ujrzawszy dziecko, które kopało w łydkę jakiegoś starszego pana.
To była wierutna bzdura. Tachykardia nie jest i nigdy nie była grzeczna. Nawet w siódmym wcieleniu zapisze się jako najbardziej złośliwe dziecko na Ziemi. Uczyniła ze swojego zuchwałego zachowania znak rozpoznawczy, a ja musiałem przyjmować jej wybryki ze spokojem lwa obserwującego antylopę. Gdyby było inaczej, już dawno nie wytrzymałbym w swoim babińcu. Jak Cyjanek.
Chyba postanowiła udowodnić moją tezę, bo otworzyła schowek z przodu i wyciągnęła opakowanie tabletek od bólu głowy, które trzymałem na gorsze dni. Wysypała całą zawartość na dłoń i połknęła na raz.
– Tachykardio – zagaiłem, wjeżdżając na nasz podjazd – czy znów pokłóciłaś się z Karolkiem?
– Nie twój zasrany interes – odparła i już po chwili wyskoczyła z auta. Biegnąc w stronę matki, kopnęła ze złością urwany łańcuch. Ona też lubiła Łęczycę.
Wszedłem do domu, dopiero po zamknięciu garażu i bramy. Załapałem się na środek kłótni.
– …bo akurat dzisiaj musiał uprzeć się na niespodziankę! – krzyczała Kard do matki.
– A ty nie mogłaś po prostu ucieszyć się, jak normalna nastolatka w twoim wieku?! – Pi cisnęła patelnią. Kard uskoczyła tak szybko, że prawie nie zauważyłem. Podniosłem patelnię z podłogi i odstawiłem na stół.
– Co się stało? – spytałem ostrożnie.
– Nic! – warknęła Tachykardia.
– Twoja córka postanowiła podziękować Karolkowi za niespodziankę, wbijając mu śrubę w dłoń – poprawiła ją matka. – Wieczorem przyjdą rodzice Karolka, żeby to z nami wyjaśnić.
         – Wieczorem już nas tutaj nie będzie! – wrzasnęła Kard i pobiegła do swojego pokoju. Czułem, jak moja córka cierpi. Usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwi i brzęk tłuczonego szkła. Właśnie straciliśmy czwarty wazon, który stał w salonie, gotowy na specjalne okazje. Pi otworzyła górną szafkę i podała mi nowy, ceramiczny, o dużej pojemności.
– Zbierz szkło – nakazała, wciskając mi szmatę w wolną dłoń.
– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – rzuciłem w powietrze i poszedłem posprzątać oraz ustawić na komodzie nowy wazon. Następnie wróciłem do kuchni, żeby zrobić sobie kanapki, ponieważ zupełnie zapomniałem o chińczyku.
– Wciąż nie wróciła do domu – poinformowała mnie Pi i wyciągnęła z lodówki dwa kawałki surowego mięsa. – Masz ochotę? Szybciutko usmażę.
– Nie, dziękuję. Zadowolę się kanapeczką – odpowiedziałem z ironią w głosie.
– W takim razie na kolację przygotuję coś specjalnego – oblizała usta.
Moja żona często przechodziła ze skrajności w skrajność. Po kłótni i rzucaniu patelnią przypomniała sobie o roli wzorowej gospodyni. A kiedy na przykład byłem w pracy, wcielała się w kochankę muskularnego Roberta z domu po drugiej stronie ulicy. Wyznała mi kiedyś przez sen. Zresztą sam się domyśliłem, ujrzawszy na twarzy Roberta charakterystyczne zadrapania. Dobrze ci tak, stary. Długo nie pociągniesz.
– Kontaktowałaś się z Cyjankiem? – spytałem.
Słysząc imię syna, początkowo się rozjaśniła, ale zaraz zgasła i wgryzła zęby w większy kawałek wieprzowiny.
– Przecież rozmawia tylko z tobą – wymamrotała.
Odłożyła mięso do zlewu. Spojrzała wymownie na rozdrabniacz odpadów, który kupiliśmy na e-bayu. Miał największą możliwą średnicę i żona korzystała z niego regularnie. Odetchnąłem z ulgą, że nie wrzuciła doń wołowiny, bo czekałoby mnie ponowne bieganie ze ścierką i wycieranie ścian. Zrobiłem sobie kanapki.
Do Cyjanka zadzwoniłem po suchym obiedzie. Nie odebrał, tylko odpisał w smsie, że za godzinę kończy wykład z anatomii i wtedy się odezwie.
Rozsiadłem się w swoim ukochanym klubowym fotelu i włączyłem serial „Napisała: Morderstwo”. W odcinku chodziło o jakiegoś faceta, który zamurował w piwnicy żonę. Postanowiłem się z nim nie identyfikować i utonąłem w myślach o moim zdolnym synu. Byłem dumny, że chce zostać chirurgiem.
W tym czasie Pi smażyła dla Kard bitkę, podczas gdy córka pakowała czarną walizkę. Na pewno znalazły się w niej cztery pary czarnych spodni, sześć czarnych koszulek i dwa czarne swetry. Mogłem też iść o zakład, że na wierzchu Tachykardia ułożyła swój pamiętnik czarnych myśli i gipsową figurkę świętego, któremu w chwilach emocjonalnego napięcia odłamywała różne części. Potem przyklejała je, by znów odrywać. Taka nieszkodliwa zabawa mojego małego szczęścia.
Zanim Janek zdążył połączyć się ze mną na Skype’ie, ktoś zapukał do frontowych drzwi.
Popędziłem co sił w lewych nogach, ponieważ Pilaria, po usmażeniu bitek, zabrała się za piłowanie pazurów, a nie chciałem, by ktokolwiek ucierpiał już na progu. Poza tym gdyby się okazało, że ktoś przyprowadził babkę, byłbym pierwszym, który skręci jej kark.
Tymczasem w drzwiach ujrzałem rodziców Karolka. Nie spodziewałem się ich tak wcześnie. Wbiłem palce we framugę. Kiedy wpuściłem ich do środka i zamknąłem drzwi, ujrzałem na drewnie cztery wgłębienia. Przypomniały mi się ślady zostawione przez diabła Borutę na murze wieży w Tumie i uśmiechnąłem się na myśl o komitywie, jaką mielibyśmy z łęczyckim szlachcicem. Musiałem jednak zająć się rodzicami Karolka.
Posadziłem ich przy stole w jadalni. Zaproponowałem ojcu Karolka bimber własnej roboty. Odmówił. Matka Karolka zażyczyła sobie krwawej Mary, na co mojej żonie aż zaiskrzyły oczy. Poprosiła dla siebie o to samo.
Usiedliśmy po drugiej stronie, dokładnie naprzeciwko nich. Tachykardia, dla własnego dobra, nie wzięła udziału w rozmowie. Rozłożyła się na sofie, założyła na uszy słuchawki i włączyła black metal tak głośno, że byliśmy w stanie rozróżnić piosenki.
– Chcemy wnieść skargę do sądu – oznajmiła mama Karolka, zlizując znad górnej wargi kreskę soku pomidorowego.
– Ucisz się, kobieto – warknął ojciec Karolka. – Niczego nie będziemy wnosić.
– Chcemy waszych pieniędzy – rzuciła matka Karolka, zmieniając front. Tak wiele łączyło ją z moją żoną.
Tymczasem Pi wyjęła z szuflady książeczkę czeków bez pokrycia i ze stoickim spokojem poprosiła o podanie kwoty.
Matka Karolka ściągnęła usta, układając z nich kształt pięciocyfrowej kwoty. Zanim jednak zdążyła się odezwać, mąż zatkał jej aparat mowy dłonią.
– Nie tak szybko – powiedział. – Chętnie poznamy waszą propozycję.
Moja żona, która zdążyła wyryć w blacie stołu cztery głębokie rowki, uśmiechnęła się na myśl o propozycji, jaką z chęcią złożyłaby ojcu Karolka, który wyglądał jak, nie przymierzając, Robert z naprzeciwka.
Obrzuciłem matkę Karolka ukradkowym spojrzeniem, zastanawiając się, czy byłbym gotów zająć się nią wyłącznie dla dobra sprawy. Nie. Nie była tak żylasta, jak moja kochana Pi.
– Może krakersa? – odezwała się Pilaria.
Pokręciłem energicznie głową, przypomniawszy sobie naszą ulubioną przekąskę, czyli suszone kocie uszy. Pi już zerwała się od stołu, żeby iść do kuchni po miskę świeżych krakersów, ale powstrzymałem ją władczym gestem. Przyprawiała kocie uszy wyśmienitym środkiem na przeczyszczenie i nie zamierzałem się nimi z nikim dzielić. Usiadła z powrotem na krześle.
Moja żona bawiła się coraz lepiej, podczas gdy ja odwrotnie. Wiedziałem, że Janek czeka przy komputerze gdzieś w odległej Warszawie i nie mogłem przestać o nim myśleć. Wymówiłem się od stołu pójściem za potrzebą. Kard wymknęła się za mną i zniknęła w swoim pokoju.
Zamknąłem się w sypialni i porozmawiałem chwilę z Jankiem. Zdenerwowałem się jak zwykle. Dlatego po skończonej rozmowie poszedłem do salonu i porąbałem dłonią miesięczny zapas polan do kominka. Dopiero wtedy ostudziłem emocje. Wracając do jadalni, usłyszałem przez uchylone drzwi, jak Kard rozmawia przez Skype’a z nikim innym, jak Karolkiem i śmieje się, najwyraźniej dawno z nim pogodzona. Jak można tak traktować własnych rodziców?
Kiedy dotarłem do jadalni, sytuacja zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Moja żona nie przepuściłaby takiej okazji. Zdziwiłem się tylko, że nie dotarły do mnie żadne krzyki. Pi czyniła coraz większe postępy.
Gdy ją ujrzałem, wisiała nad matką Karolka, celując nowym wazonem to pod jeden, to pod drugi nadgarstek kobiety. Obecnie już trupa. Krew kapała swobodnie, a moja żona zastanawiała się zapewne, ile uzyska z niej nalewki.
– Bierz go! – warknęła, wbijając pusty wzrok w ojca Karolka, który skulił się przerażony za przewróconym krzesłem, opierając plecy o drzwi serwantki.
Ucieszyłem się, że żona zachęciła mnie do wspólnego działania, jak za starych dobrych czasów narzeczeństwa. Ojca Karolka mogłem powalić jednym ciosem. Na śmierć. Niezależnie od budowy ciała. Zauważyłem jednak, że Pilaria wcale nie zwraca się do mnie, tylko do czegoś, co wyskoczyło spod stołu: owczarka niemieckiego z charakterystyczną pianą na faflach i żądzą mordu w oczach. Aha, babka wróciła. I skoro teraz była wściekła, znaczy że nie zaspokoiła swoich pragnień na mieście. Alleluja! Nie będziemy musieli się wyprowadzać.
Rzuciła się w stronę ojca Karolka. Od razu dopadła do jego gardła. Znudził mnie ten widok, więc opuściłem jadalnię i poszedłem do Kard.
– Możesz rozpakować walizkę – powiedziałem, wymownie kiwając głową.
Tachykardia siedziała na łóżku, ja zostałem w progu. Skupiliśmy się na słuchaniu miłych odgłosów domu. Babka ujadała, Pi śmiała się jadowicie, ojciec Karolka umilkł po krótkiej chwili. Potem nastała ogólna cisza.
Dopiero wtedy Kard uwierzyła mi na słowo, zerwała się z łóżka i pocałowała mnie w ucho drugi raz tego samego dnia. Stwierdziłem, że ów dzień jest wyjątkowo magiczny.
– Z Karolkiem już chyba koniec – Zaśmiała się jak dziecko na widok lizaka. Wyminęła mnie i tanecznym krokiem przebiegła do kuchni, skąd dotarły do mnie odgłosy mielenia. Ruszyłem za nią.
Pilaria pozbyła się już jednej ręki mamy Karolka. Właśnie wciskała drugą do rozdrabniacza na odpady. Babka, wypchana po uszy tatą Karolka, ledwo poruszała łapami. Jednak gdy spytałem, czy zostawiła sobie coś na jutro, pokazała mi zęby. Wyciągnąłem przed siebie ręce i wykonałem gest, jakbym coś zaciskał, więc podkuliła ogon i poczłapała do kuchennych drzwi. Ledwo przecisnęła pełny brzuch przez klapkę. Ucieszył mnie widok tej rodzinnej sielanki. Wróciliśmy do normalności.
Szkoda, że nie było z nami Janka. Zawsze pierwszy rwał się do mielenia w rozdrabniaczu. Obiecałem sobie, że pojadę do niego w najbliższy weekend i spędzimy razem fajny czas ojciec-syn, skoro dziś tak dobrze poszło mi z Kard. Tymczasem kazałem jej wziąć szmatę i popisać się zapałem, jak na wzorową córkę przystało. Rozanielona Pilaria zachowała dla siebie uwagę, że ścieranie śladów krwi należało do moich obowiązków. Zostawiłem ją samą z morderczymi myślami. Podreptałem do salonu.
Nalałem do szklanki bimbru i usiadłem w fotelu klubowym. Wybrałem w telewizji na żądanie najnowszy odcinek „Napisała: Morderstwo” i wczułem się w losy mężczyzny pozbawionego poczucia winy.
W połowie serialu zawładnął mną błogostan i zasnąłem, zrelaksowany kolejnym udanym dniem. Szklanka wypadła mi z dłoni i rozbiła się na podłodze, ale kto, jak nie ja, zajmie się sprzątaniem. Każdy ma swoje obowiązki. Moja rodzinka działa jak dobrze naoliwiony mechanizm, moja rodzinka jest wyjątkowa.

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska