2 lutego 2015

"Moja rodzinka" - najczarniejsza z czarnych komedii

Chciałbyś przeczytać moje najnowsze opowiadanie Moja rodzinka?


Ale czy na pewno chcesz podjąć ryzyko czytania czarnej komedii o nie do końca typowej polskiej familii?


W porządku. Robisz to na własną odpowiedzialność. Reklamacji nie przyjmujemy ;-)

Miłego czytania!

Kasia Kowalewska

Moja rodzinka

          Babka znów zerwała się z łańcucha. Ledwo zdążyłem zahamować. Uskoczyła spod kół i pobiegła w stronę otwartej na oścież bramy.
         – Czekaj no, niech cię tylko dorwę – warknąłem. Ona w tym samym momencie zaszczekała i pomachała mi ogonem na pożegnanie.
         Wysiadłem z auta i ruszyłem za nią, ale co może zrobić facet z dwiema lewymi nogami. W dodatku mojej postury. Gdy dotarłem do bramy, zniknęła między platanami na końcu ulicy.
         – Dębosz! – zawołała moja żona przez uchylone okno. – Dębosz! Znów uciekła?!
Rozłożyłem bezradnie ręce.
– Ano uciekła. Twoja kochana mamusia. – Podreptałem w stronę samochodu. – Mam nadzieję, że znów nie będziemy musieli się przez nią przeprowadzać – dodałem pod nosem.
– Czy to ja zostawiłam otwartą bramę? – Zatrzasnęła okno i zniknęła w głębi kuchni.
– Pi…
Moja żona Pilaria suszyła mi głowę o dosłownie wszystko. Nawet o to, że pozwoliłem jej matce zmienić się w owczarka niemieckiego. To było ostatnie życzenie teściowej przed śmiercią, a ja chciałem jeden jedyny raz być dobrym zięciem. Poza tym przystawiła mi nóż do gardła.
Ale oczywiście to moja wina, że babka odgryzła nos jakiemuś kombatantowi, który chciał ją pogłaskać i dlatego musieliśmy natychmiast ewakuować się z Bydgoszczy do Łęczycy. Wszystko to moja wina, mimo że staram się po prostu zarabiać na utrzymanie rodziny i nie wychodzić przed szereg.
Wsiadłem do auta i uruchomiłem silnik. Pi stanęła w oknie z ustami umorusanymi krwią. Aha. Znów się zdenerwowała i poczuła nieodpartą potrzebę wbicia zębów w kawał surowego mięsa na rozluźnienie. Czyli bitek dziś nie będzie. Przynajmniej dla mnie. Zajrzę w drodze z pracy do chińczyka. Może przy okazji dowiem się, czy nie przerobili babki na sajgonki.
Zresztą wolę sajgonki z teściowej niż kuchnię mojej żony, która ma dwie lewe ręce i zawsze miesza ciasto w złą stronę.
Wyjechałem tyłem i zamknąłem bramę. Pilaria gapiła się na mnie przez okno i z pewnością obmyślała plan narady rodzinnej. Gdy jesteśmy bliscy zdemaskowania, zbieramy się całą rodziną i ustalamy dalsze kroki. Jeśli babka narozrabia na mieście, dalszym krokiem będzie, w najlepszym razie, sterylizacja. W najgorszym – utrata czworonożnego członka rodziny i kolejna przeprowadzka. Szkoda, bo lubię Łęczycę. Mieszkańcy pilnują tu własnego nosa. Jeśli zwracają uwagę na jakieś dziwne zachowanie, od razu żartują z legendy o diable Borucie. Czy moglibyśmy trafić lepiej?
Kiedy ją dorwę, po prostu ukręcę łeb.
Pojechałem do pracy tylko po to, by zakończyć otwarte projekty. Sprzedałem facetowi z tubką żelu na głowie jakiś wideo szmelc. Nadałem dwie paczki z telewizorami plazmowymi zamierzchłej generacji, które powinny wysiąść za trzy miesiące. Zrobiło mi się smutno, że szef nigdy już nie da mi premii za naciągnięcie frajera.
Zabrałem z szuflady zdjęcie Pi, kiedy była moją narzeczoną. Już wtedy nosiła długie, ostre pazury, po których zostały mi ślady na plecach. W tej samej ramce trzymałem zdjęcia legitymacyjne dzieci – Kard i Janka. Postanowiłem, że Tachykardię odbiorę ze szkoły po drodze. Wydrukowałem nawet specjalne zaświadczenie, że ma wizytę u kardiologa.
Cyjanek studiował w Warszawie od chwili, gdy Pi nakarmiła jego kolegów tatarem z listonosza i kiedy stwierdził, że nie chce więcej mieszkać z nami w jednym mieście. Ale w naradach rodzinnych uczestniczył zawsze. Łączyliśmy się z nim przez Skype.
Zdjęcie babki tez kiedyś trzymałem w oprawie, ale od czasu, gdy odgryzła kombatantowi nos i za karę odebraliśmy jej imię, leżało na stercie dokumentów z reklamacjami.
Wrzuciłem do neseseru ulubiony kubek i nóż, który dostałem od Pi na gwiazdkę. Zaniosłem szefowi wymówienie. Przyjął je bez słowa, ponieważ miał piętnastu takich na moje miejsce, o czym słyszałem codziennie, ale robiłem sobie nadzieję, że szanuje moje starania bardziej niż własna żona. Tego dnia mogłem oficjalnie popukać się w głowę.
Kiedy odebrałem Kard ze szkoły o nietypowej godzinie, początkowo była zadowolona. Pocałowała mnie nawet w ucho i przebiegła parę metrów po suficie, gdy tylko woźny zniknął za zakrętem. Potem zeskoczyła prosto w moje ramiona i kazała się zanieść do auta. Niełatwo nosić nastolatki na dwóch lewych nogach, które co rusz zahaczają o siebie, ale uczyniłem to z przyjemnością. Czasami brakowało mi chwil ojciec-córka, takich jak ta. Jednak kiedy rozłożyła się w fotelu pasażera i zwiesiła głowę, wyczułem, że się domyśliła. Skoro wyciągnąłem ją ze szkoły przed końcem lekcji, oznacza to tylko jedno.
– Kard, musisz zrozumieć – powiedziałem, opuszczając parking pełen zdezelowanych, pierwszych aut nastolatków. – Miała na szyi najgrubszy łańcuch, jaki znalazłem w sklepie budowlanym i nic.
– Jasne, tato – wybełkotała Kard, wpatrzona w deskę rozdzielczą.
– W końcu to po niej twoja mamuśka ma takie ostre kły.
– Mhm – mruknęła, nawijając na palec kosmyk długich, czarnych włosów. Wcześniej była blondynką, ale przefarbowała się, gdy zabroniliśmy jej iść na bal z o pięć lat młodszym Karolkiem. I tak nas nie posłuchała.
Skupiłem się na prowadzeniu pojazdu. Jechałem szeroką aleją. Mijałem szczęśliwe łęczyckie rodziny, które mieszkały w swoich domach z dziada pradziada, nie musiały nagle zmieniać miejsca zamieszkania. Zazdrościłem im normalności. W przeciwieństwie do nas, nie mieli wątpliwości co do swojego pochodzenia i niczym nie różnili się od innych rodzin.
– Dobrze, że ty jesteś taka grzeczna – powiedziałem do córki, ujrzawszy dziecko, które kopało w łydkę jakiegoś starszego pana.
To była wierutna bzdura. Tachykardia nie jest i nigdy nie była grzeczna. Nawet w siódmym wcieleniu zapisze się jako najbardziej złośliwe dziecko na Ziemi. Uczyniła ze swojego zuchwałego zachowania znak rozpoznawczy, a ja musiałem przyjmować jej wybryki ze spokojem lwa obserwującego antylopę. Gdyby było inaczej, już dawno nie wytrzymałbym w swoim babińcu. Jak Cyjanek.
Chyba postanowiła udowodnić moją tezę, bo otworzyła schowek z przodu i wyciągnęła opakowanie tabletek od bólu głowy, które trzymałem na gorsze dni. Wysypała całą zawartość na dłoń i połknęła na raz.
– Tachykardio – zagaiłem, wjeżdżając na nasz podjazd – czy znów pokłóciłaś się z Karolkiem?
– Nie twój zasrany interes – odparła i już po chwili wyskoczyła z auta. Biegnąc w stronę matki, kopnęła ze złością urwany łańcuch. Ona też lubiła Łęczycę.
Wszedłem do domu, dopiero po zamknięciu garażu i bramy. Załapałem się na środek kłótni.
– …bo akurat dzisiaj musiał uprzeć się na niespodziankę! – krzyczała Kard do matki.
– A ty nie mogłaś po prostu ucieszyć się, jak normalna nastolatka w twoim wieku?! – Pi cisnęła patelnią. Kard uskoczyła tak szybko, że prawie nie zauważyłem. Podniosłem patelnię z podłogi i odstawiłem na stół.
– Co się stało? – spytałem ostrożnie.
– Nic! – warknęła Tachykardia.
– Twoja córka postanowiła podziękować Karolkowi za niespodziankę, wbijając mu śrubę w dłoń – poprawiła ją matka. – Wieczorem przyjdą rodzice Karolka, żeby to z nami wyjaśnić.
         – Wieczorem już nas tutaj nie będzie! – wrzasnęła Kard i pobiegła do swojego pokoju. Czułem, jak moja córka cierpi. Usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwi i brzęk tłuczonego szkła. Właśnie straciliśmy czwarty wazon, który stał w salonie, gotowy na specjalne okazje. Pi otworzyła górną szafkę i podała mi nowy, ceramiczny, o dużej pojemności.
– Zbierz szkło – nakazała, wciskając mi szmatę w wolną dłoń.
– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – rzuciłem w powietrze i poszedłem posprzątać oraz ustawić na komodzie nowy wazon. Następnie wróciłem do kuchni, żeby zrobić sobie kanapki, ponieważ zupełnie zapomniałem o chińczyku.
– Wciąż nie wróciła do domu – poinformowała mnie Pi i wyciągnęła z lodówki dwa kawałki surowego mięsa. – Masz ochotę? Szybciutko usmażę.
– Nie, dziękuję. Zadowolę się kanapeczką – odpowiedziałem z ironią w głosie.
– W takim razie na kolację przygotuję coś specjalnego – oblizała usta.
Moja żona często przechodziła ze skrajności w skrajność. Po kłótni i rzucaniu patelnią przypomniała sobie o roli wzorowej gospodyni. A kiedy na przykład byłem w pracy, wcielała się w kochankę muskularnego Roberta z domu po drugiej stronie ulicy. Wyznała mi kiedyś przez sen. Zresztą sam się domyśliłem, ujrzawszy na twarzy Roberta charakterystyczne zadrapania. Dobrze ci tak, stary. Długo nie pociągniesz.
– Kontaktowałaś się z Cyjankiem? – spytałem.
Słysząc imię syna, początkowo się rozjaśniła, ale zaraz zgasła i wgryzła zęby w większy kawałek wieprzowiny.
– Przecież rozmawia tylko z tobą – wymamrotała.
Odłożyła mięso do zlewu. Spojrzała wymownie na rozdrabniacz odpadów, który kupiliśmy na e-bayu. Miał największą możliwą średnicę i żona korzystała z niego regularnie. Odetchnąłem z ulgą, że nie wrzuciła doń wołowiny, bo czekałoby mnie ponowne bieganie ze ścierką i wycieranie ścian. Zrobiłem sobie kanapki.
Do Cyjanka zadzwoniłem po suchym obiedzie. Nie odebrał, tylko odpisał w smsie, że za godzinę kończy wykład z anatomii i wtedy się odezwie.
Rozsiadłem się w swoim ukochanym klubowym fotelu i włączyłem serial „Napisała: Morderstwo”. W odcinku chodziło o jakiegoś faceta, który zamurował w piwnicy żonę. Postanowiłem się z nim nie identyfikować i utonąłem w myślach o moim zdolnym synu. Byłem dumny, że chce zostać chirurgiem.
W tym czasie Pi smażyła dla Kard bitkę, podczas gdy córka pakowała czarną walizkę. Na pewno znalazły się w niej cztery pary czarnych spodni, sześć czarnych koszulek i dwa czarne swetry. Mogłem też iść o zakład, że na wierzchu Tachykardia ułożyła swój pamiętnik czarnych myśli i gipsową figurkę świętego, któremu w chwilach emocjonalnego napięcia odłamywała różne części. Potem przyklejała je, by znów odrywać. Taka nieszkodliwa zabawa mojego małego szczęścia.
Zanim Janek zdążył połączyć się ze mną na Skype’ie, ktoś zapukał do frontowych drzwi.
Popędziłem co sił w lewych nogach, ponieważ Pilaria, po usmażeniu bitek, zabrała się za piłowanie pazurów, a nie chciałem, by ktokolwiek ucierpiał już na progu. Poza tym gdyby się okazało, że ktoś przyprowadził babkę, byłbym pierwszym, który skręci jej kark.
Tymczasem w drzwiach ujrzałem rodziców Karolka. Nie spodziewałem się ich tak wcześnie. Wbiłem palce we framugę. Kiedy wpuściłem ich do środka i zamknąłem drzwi, ujrzałem na drewnie cztery wgłębienia. Przypomniały mi się ślady zostawione przez diabła Borutę na murze wieży w Tumie i uśmiechnąłem się na myśl o komitywie, jaką mielibyśmy z łęczyckim szlachcicem. Musiałem jednak zająć się rodzicami Karolka.
Posadziłem ich przy stole w jadalni. Zaproponowałem ojcu Karolka bimber własnej roboty. Odmówił. Matka Karolka zażyczyła sobie krwawej Mary, na co mojej żonie aż zaiskrzyły oczy. Poprosiła dla siebie o to samo.
Usiedliśmy po drugiej stronie, dokładnie naprzeciwko nich. Tachykardia, dla własnego dobra, nie wzięła udziału w rozmowie. Rozłożyła się na sofie, założyła na uszy słuchawki i włączyła black metal tak głośno, że byliśmy w stanie rozróżnić piosenki.
– Chcemy wnieść skargę do sądu – oznajmiła mama Karolka, zlizując znad górnej wargi kreskę soku pomidorowego.
– Ucisz się, kobieto – warknął ojciec Karolka. – Niczego nie będziemy wnosić.
– Chcemy waszych pieniędzy – rzuciła matka Karolka, zmieniając front. Tak wiele łączyło ją z moją żoną.
Tymczasem Pi wyjęła z szuflady książeczkę czeków bez pokrycia i ze stoickim spokojem poprosiła o podanie kwoty.
Matka Karolka ściągnęła usta, układając z nich kształt pięciocyfrowej kwoty. Zanim jednak zdążyła się odezwać, mąż zatkał jej aparat mowy dłonią.
– Nie tak szybko – powiedział. – Chętnie poznamy waszą propozycję.
Moja żona, która zdążyła wyryć w blacie stołu cztery głębokie rowki, uśmiechnęła się na myśl o propozycji, jaką z chęcią złożyłaby ojcu Karolka, który wyglądał jak, nie przymierzając, Robert z naprzeciwka.
Obrzuciłem matkę Karolka ukradkowym spojrzeniem, zastanawiając się, czy byłbym gotów zająć się nią wyłącznie dla dobra sprawy. Nie. Nie była tak żylasta, jak moja kochana Pi.
– Może krakersa? – odezwała się Pilaria.
Pokręciłem energicznie głową, przypomniawszy sobie naszą ulubioną przekąskę, czyli suszone kocie uszy. Pi już zerwała się od stołu, żeby iść do kuchni po miskę świeżych krakersów, ale powstrzymałem ją władczym gestem. Przyprawiała kocie uszy wyśmienitym środkiem na przeczyszczenie i nie zamierzałem się nimi z nikim dzielić. Usiadła z powrotem na krześle.
Moja żona bawiła się coraz lepiej, podczas gdy ja odwrotnie. Wiedziałem, że Janek czeka przy komputerze gdzieś w odległej Warszawie i nie mogłem przestać o nim myśleć. Wymówiłem się od stołu pójściem za potrzebą. Kard wymknęła się za mną i zniknęła w swoim pokoju.
Zamknąłem się w sypialni i porozmawiałem chwilę z Jankiem. Zdenerwowałem się jak zwykle. Dlatego po skończonej rozmowie poszedłem do salonu i porąbałem dłonią miesięczny zapas polan do kominka. Dopiero wtedy ostudziłem emocje. Wracając do jadalni, usłyszałem przez uchylone drzwi, jak Kard rozmawia przez Skype’a z nikim innym, jak Karolkiem i śmieje się, najwyraźniej dawno z nim pogodzona. Jak można tak traktować własnych rodziców?
Kiedy dotarłem do jadalni, sytuacja zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Moja żona nie przepuściłaby takiej okazji. Zdziwiłem się tylko, że nie dotarły do mnie żadne krzyki. Pi czyniła coraz większe postępy.
Gdy ją ujrzałem, wisiała nad matką Karolka, celując nowym wazonem to pod jeden, to pod drugi nadgarstek kobiety. Obecnie już trupa. Krew kapała swobodnie, a moja żona zastanawiała się zapewne, ile uzyska z niej nalewki.
– Bierz go! – warknęła, wbijając pusty wzrok w ojca Karolka, który skulił się przerażony za przewróconym krzesłem, opierając plecy o drzwi serwantki.
Ucieszyłem się, że żona zachęciła mnie do wspólnego działania, jak za starych dobrych czasów narzeczeństwa. Ojca Karolka mogłem powalić jednym ciosem. Na śmierć. Niezależnie od budowy ciała. Zauważyłem jednak, że Pilaria wcale nie zwraca się do mnie, tylko do czegoś, co wyskoczyło spod stołu: owczarka niemieckiego z charakterystyczną pianą na faflach i żądzą mordu w oczach. Aha, babka wróciła. I skoro teraz była wściekła, znaczy że nie zaspokoiła swoich pragnień na mieście. Alleluja! Nie będziemy musieli się wyprowadzać.
Rzuciła się w stronę ojca Karolka. Od razu dopadła do jego gardła. Znudził mnie ten widok, więc opuściłem jadalnię i poszedłem do Kard.
– Możesz rozpakować walizkę – powiedziałem, wymownie kiwając głową.
Tachykardia siedziała na łóżku, ja zostałem w progu. Skupiliśmy się na słuchaniu miłych odgłosów domu. Babka ujadała, Pi śmiała się jadowicie, ojciec Karolka umilkł po krótkiej chwili. Potem nastała ogólna cisza.
Dopiero wtedy Kard uwierzyła mi na słowo, zerwała się z łóżka i pocałowała mnie w ucho drugi raz tego samego dnia. Stwierdziłem, że ów dzień jest wyjątkowo magiczny.
– Z Karolkiem już chyba koniec – Zaśmiała się jak dziecko na widok lizaka. Wyminęła mnie i tanecznym krokiem przebiegła do kuchni, skąd dotarły do mnie odgłosy mielenia. Ruszyłem za nią.
Pilaria pozbyła się już jednej ręki mamy Karolka. Właśnie wciskała drugą do rozdrabniacza na odpady. Babka, wypchana po uszy tatą Karolka, ledwo poruszała łapami. Jednak gdy spytałem, czy zostawiła sobie coś na jutro, pokazała mi zęby. Wyciągnąłem przed siebie ręce i wykonałem gest, jakbym coś zaciskał, więc podkuliła ogon i poczłapała do kuchennych drzwi. Ledwo przecisnęła pełny brzuch przez klapkę. Ucieszył mnie widok tej rodzinnej sielanki. Wróciliśmy do normalności.
Szkoda, że nie było z nami Janka. Zawsze pierwszy rwał się do mielenia w rozdrabniaczu. Obiecałem sobie, że pojadę do niego w najbliższy weekend i spędzimy razem fajny czas ojciec-syn, skoro dziś tak dobrze poszło mi z Kard. Tymczasem kazałem jej wziąć szmatę i popisać się zapałem, jak na wzorową córkę przystało. Rozanielona Pilaria zachowała dla siebie uwagę, że ścieranie śladów krwi należało do moich obowiązków. Zostawiłem ją samą z morderczymi myślami. Podreptałem do salonu.
Nalałem do szklanki bimbru i usiadłem w fotelu klubowym. Wybrałem w telewizji na żądanie najnowszy odcinek „Napisała: Morderstwo” i wczułem się w losy mężczyzny pozbawionego poczucia winy.
W połowie serialu zawładnął mną błogostan i zasnąłem, zrelaksowany kolejnym udanym dniem. Szklanka wypadła mi z dłoni i rozbiła się na podłodze, ale kto, jak nie ja, zajmie się sprzątaniem. Każdy ma swoje obowiązki. Moja rodzinka działa jak dobrze naoliwiony mechanizm, moja rodzinka jest wyjątkowa.

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

4 komentarze:

  1. Dosyć często spotykam na swojej drodze takich rodziców Karolka i równie często moje myśli podążają tam, gdzie członkowie rodzinki zastosowali czyny. To opowieść o wielu rodzinach, poprowadzona pod woalką świata pozornie nieistniejącego.
    Nie jestem fanką wampirzych klimatów, więc zdziebko zdziwił mnie fakt, że tekst wciągnęłam, jak przepyszny soczysty befsztyk. I nawet dosyć szybko udało mi się wyhamować wyobraźnię malującą obraz ręki w rozdrabniaczu. Mdłości minęły równie szybko:)
    Może jednak zafunduję sobie rozdrabniacz...

    Polecam
    Iwona, niezupełnie anonimowa


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hihihi :-)
      Jak Cię znam, nie wyobrażam sobie Ciebie przy takim rozdrabniaczu :-)))
      A może jednak wcale Cię nie znam? ;-)
      Dzięki za cudowną recenzję!

      Usuń
  2. To jest mój "number one" wśród tych opowiadań - to się normalnie nadaje na scenariusz filmu z Johnym Deepem i Heleną Bohnam Carter w rolach głównych, w reżyserii Tima Burtona. Osobiście poproszę tego więcej :D

    Młodsza ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisząc to miałam przed oczami "Sok z żuka", więc widzę, że rozumiemy się bez słów, a raczej dzięki słowom :-D

      Usuń

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)