29 lipca 2014

Dopięta na ostatnią pinezkę

To był jeden z tych dni, które nie zapowiadają się dobrze. Wzięłam urlop specjalnie po to, by iść do ZUSu. Zabrałam książkę, picie i dużo cierpliwości. Pobrałam numerek. Sprawę załatwiłam zaskakująco szybko, na tyle szybko, że udałam się w nagrodę do fryzjera, poczytałam na ławce książkę, a potem przekonałam samą siebie, że zrobienie obiadu to świetny pomysł.

Zjadłam, włączyłam zupełnie nijaki film i wtedy... Mój wzrok padł na czerwony notes z ręką, który kupiłam w Stambule i z którym nigdy się nie rozstaję (podobnie jak z poprzednim notesem z fado z Lizbony, który niestety już się wyczerpał). Notes kazał mi się otworzyć i zapisywać nowe pomysły na sceny. Nie mogłam mu odmówić. Przystąpiłam do rytuału notowania szarym ołówkiem automatycznym, znalezionym na targach w Londynie.

Nie minęła chwila, a już otoczyłam się kartkami z drukarki, których drugie strony karnie wykorzystuję, kolorowymi zakreślaczami, którymi zaznaczam poszczególnych bohaterów, plikiem żółtych karteczek, na które następnie przepisuję pomysły na czysto. Za oknem szalał upał, słońce rozpalało karoserie przejeżdżających szosą samochodów. Ja garbiłam się nad stołem.

Wtedy wyciągnęłam tablicę. Zapełniona kartkami w jednej trzeciej, wciąż odbiegała od ideału, tzn. daleko jej było do końca aktu trzeciego - ostatniego.

Pinezki poszły w ruch, palce zaczerwieniły się od wytężonej pracy, pośpiechu i przypadkowych ukłuć. W ogóle nie zwracałam na to uwagi. Po kilkudziesięciu minutach, trzech szklankach soku pomarańczowego z wodą, jednym wafelku w czekoladzie i kompletnie zignorowanym filmie klasy B tablica została ukończona. 


Tak! Moja tablica została dopięta na ostatnią pinezkę. Wybuchły symboliczne fajerwerki. Oczywiście natychmiast ruszyłam do komputera, żeby odpalić bloga i podzielić się z wami radosną nowiną.

Czuję się spełniona. Czuję się nakręcona. Czuję się pozytywnie umysłowo wykończona. Za godzinę idę na trening i pewnie będę fruwać pod sufitem.

A jutro... otóż jutro... napiszę pierwsze zdanie nowej powieści.

Mój guru Stephen King wie, dlaczego pisanie jest takie ekscytujące:

W pisaniu nie chodzi o zarabianie pieniędzy, zdobywanie sławy, panienek, partnerów czy przyjaciół. W ostatecznym rozrachunku chodzi w nim o wzbogacanie życia tych, którzy czytają nasze książki, a także naszego własnego. Pisanie każe nam wstać, wyzdrowieć, poczuć się lepiej. Daje nam szczęście. Pojmujecie? Szczęście. (...) możecie pisać. Powinniście pisać. Jeśli macie dość odwagi, zaczniecie. Pisanie to czary, woda życia, jak każdy akt twórczy. Woda nic nie kosztuje. Pijcie zatem.

*Stephen King. Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika. Prószyński i S-ka. Warszawa 2008. s. 232


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)