7 sierpnia 2014

Wyznanie językowego anarchisty

Nie jestem purystką językową. Jak na moje wyznanie zareagowałoby lingwistyczne środowisko?

poprawność językowa

Po liceum skończyłam dwie szkoły, które w nazwie mają coś innego niż "wyższy" - dobre szkoły. W jednej nauczyli mnie tłumaczyć, w drugiej stawiać przecinki. Za tłumaczenia dostałam ładne referencje. W pracy stawiam przecinki oficjalnie. Przysparzają mi wielu powodów do zmartwień, ale nawet profesor Pawelec przyznał na zajęciach, że zdarza mu się stosować zasadę ekonomii przecinkowej. Poza tym na każdym spotkaniu prezentował torbę słowników, co wskazywałoby, że albo zaparkował blisko uczelni, albo niektóre reguły są tak kłopotliwe, że musi sprawdzać w wielu źródłach.

Ukończyłam też kurs pisarski, z którego dowiedziałam się, że przymiotniki i przysłówki nie są moimi przyjaciółmi. Od tej pory koniec ze "szłam sobie szosą suchą". Teraz po prostu "szłam szosą". Jakkolwiek sucho to brzmi.

Ale w czym rzecz. Śledzę fora językowe, wypowiedzi tłumaczy i obserwuję wklejane przez nich fragmenty tekstów, które mają służyć jako niegdysiejszy "humor z zeszytów". Ile w komentarzach pojawia się szydery, ile mądrości. Zdarzył się nawet "list do zleceniodawcy feralnego tekstu". Ciekawe, czy z cv i proponowanymi stawkami? Tak na wszelki wypadek.

Dla mnie zaś był to tekst komunikatywny. Zrozumiałam, o co w nim chodzi. Czy powinno mi spędzać sen z powiek, że ktoś dopuścił się literówki albo stylistycznej gafy? Język spełnił swoją funkcję narzędzia komunikacji. Chyba po to został stworzony? 

Zastanawiam się, czemu służy znęcanie się nad czyimś przekładem? Leczeniu kompleksów? Czy to w porządku, robić do własnego gniazda? Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień. Czy od językowej niezręczności zawali się świat? Co powiedziałaby na to rwandyjska kobieta, którą jakiś opryszek goni z maczetą? Pochyliłaby się nad biednym niedouczonym tłumaczem?

Wiem, że tłumaczenie to praca, którą należy wykonywać z należytą starannością i że to fajnie, gdy literatura popularyzuje poprawny język. Nie wiedzieć jednak czemu, "humor z zeszytów" w ogóle mnie nie rusza.

Czy to zbyt daleko posunięty stoicyzm? A może sentyment do muzyki punkowej, anarchii, postępowania wbrew regułom sprawia, że źle postawiony przecinek ani mnie ziębi, ani parzy. Co ze mną jest nie tak? Może po prostu brakuje mi poczucia humoru ;-)

Ps. Znikoma liczba Polaków wie, że powinno się mówić "odnośnie do czegoś", a nie "odnośnie czegoś" oraz "na potrzeby" zamiast "dla potrzeb". Jak widać, nasz kraj nie zatrząsł się w posadach od tej niewiedzy. No może powstał ostatnio mały problem ze zbytem jabłek, ale to już nie kwestia języka.

2 komentarze:

  1. Polacy z jakiegoś powodu wydają się okropnie zazdrośni i krytyczni. Być może młodsze pokolenie będzie bardziej easy going, ale nasze - i poprzednie - tak mają. Być może to wina okropnych, krzyczących nauczycieli albo rodziców. krórzy krytykowanie stosowali jako metodę wychowawczą, kto wie. Pomysł na nowy post:) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda. Niektórzy mają zero luzu w gaciach ;-) Ale zdarzają się wyjątki. Mam zaszczyt mieć takie wyjątki w swoim otoczeniu :-)
      Napiszesz ten post? ;-)

      Usuń

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)