4 sierpnia 2014

"C" jak czytnik - czytnik e-booków, czyli gadżet, który zmienił moje życie

Moment, w którym pojawiły się na polskim rynku czytniki e-booków wywołał we mnie takie same uczucia, jak pierwsze aparaty cyfrowe. Po pierwsze szczęście, bo od razu wiedziałam, że to coś dla mnie. Po drugie żal, że nigdy nie będzie mnie na niego stać.



Kindle Paperwhite


Na łeb, na szyję

Na szczęście z technologiami jest tak, że tanieją na łeb, na szyję i nie tylko mam już trzeci aparat cyfrowy (ostatni to lustrzanka cyfrowa, która pozostanie ze mną do końca. Ach, jest jeszcze aparat w telefonie!), ale w zeszłym roku kupiłam sobie czytnik na "K" z technologią e-papieru.

Mój ci on

To był piękny czerwcowy dzień. Udałam się do sklepu internetowego, posiadającego siedzibę, ponieważ mam tak, że jak coś kupuję, muszę tego najpierw dotknąć. Sprawdzić, czy tworzymy jedność. Mam tak również z laptopami. Parametry parametrami, ale nie kupię laptopa, póki nie postukam w klawisze. To musi być przedłużenie moich palców.

Dotknęłam czytnika i od razu poczułam się jak jeden z tych bohaterów Sci-Fi, których broń jest zintegrowana z ręką. To jest to! Biorę!

Przyjaciel od pierwszego wejrzenia

Od chwili włączenia czytnik przeprowadził mnie przez samego siebie. Tak. Powiedział mi: "tu przekładasz kartki do przodu, a tu do tyłu. Teraz poćwicz sama." Mój czytnik mówił do mnie i chciałam przejść wszystkie próby, ponieważ przekonałam się, że czytanie instrukcji pozwala korzystać z funkcji, których mogłabym nie być świadoma. Tak jak tego, że musztarda nazywa się "sarepska", a nie "saperska". A wystarczyło dokładnie przeczytać etykietę.


Przyznam, że nie rozumiem, dlaczego osoby, które dużo czytają, zarzekają się, że nie potrafiłyby zrezygnować z zapachu papieru i szelestu kartek. Cóż, po pierwsze starym książkom zdarza się pachnieć... nieprzyjemnie, a przereklamowany papier niszczy się po kilkudziesięciu latach i jest kompletnie niepraktyczny. Poza tym lasy! Próbowaliście kiedyś czytać przy śniadaniu? Tak? A pamiętacie te wszystkie piloty, telefony i inne cegły, którymi przytwierdzaliście książkę, żeby się nie zamykała podczas lektury?

Kocham go za to...

Czytnik kocham z miliona względów. Mogę czytać wszędzie. Mogę jeść śniadanie i się nie zamyka, mogę go na nudnym szkoleniu ukryć między kartkami notesu, mogę czytać, biegnąc na bieżni, idąc do pracy.

Mogę dostosować wielkość czcionki, co dla osoby spędzającej większość dnia przed komputerem i zmagającej się z rozmyciem tekstu, jest zaletą nie do przecenienia.

Mogę również dostosować jej krój, a że klasykę lepiej czyta mi się czcionką szeryfową, a literaturę współczesną bezszeryfową...

Mogę zaznaczać cytaty, robić notatki i nie potrzebuję do tego ołówka. Szczególnie pokochałam tę funkcję, robiąc notatki z podręcznika Blake'a Snydera. Zwłaszcza że liczba zaznaczeń przekroczyła siedemdziesiątkę.

A w pościeli (już po wszystkim) mogę zapalić książkę i nie budzić współspacza.

Mój czytnik jest lekki, drobny, zgrabny. Mieści się w dłoni i, póki co, udowodnił że jest niepodatny na urazy. Raz upadł mi na chodnik, raz w metrze.

I nie dość, że nie muszę na wakacje zabierać kilku ciężkich cegieł (rezygnując z ulubionej sukienki), mam przy sobie całą bibliotekę!

Rewolucjonistka

Na e-booku jest już niemal wszystko. Znawcy prorokują, że jesteśmy 10 lat za Amerykanami, a u nich życie e-książek coraz bardziej się rozwija.

Nigdy nie byłam gadżeciarą, ale zawsze wierzyłam w postęp. To, co wygodniejsze, wypiera stare. Kiedyś przepisywano książki ręcznie, by zastąpić żmudny proces drukiem z ruchomą czcionką. Teraz nadchodzi czas e-książki. Cieszę się, że uczestniczę w tej rewolucji.

2 komentarze:

  1. Szczególnie podoba mi się opcja zaznaczania cytatu. Kiedyś sobie też kupię! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od niedawna jest też połączenie z goodreads (co może zainteresować tych, którzy używają ;-) )

      Usuń

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)