18 stycznia 2016

Czytelnicze zachwyty i koszmary 2015, część II

No ile można czekać? Ano czternaście dni. Równo dwa tygodnie temu opublikowałam wpis pt. Czytelnicze zachwyty i koszmary 2015, część I. Z liczby wyświetleń i komentarzy wnoszę, że naprawdę zainteresowało Was, co mam do powiedzenia na temat książek. Z tym większą przyjemnością, euforią wręcz, przechodzę do części drugiej rankingu (ostatniej).


Zacznę od dwóch debiutów, obok których nałogowy czytacz nie mógł w ubiegłym roku przejść obojętnie.

1. Weronika Murek i jej Uprawa roślin południowych metodą Miczurina  (Korzystając z okazji, za egzemplarz książki dziękuję organizatorom Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania, o którym pisałam tutaj i tutaj, bowiem otrzymałam ją w ramach konkursowej nagrody). 
 
Uprawa... to książka niebanalna, wyjątkowa, pod względem zabawy z językiem mistrzowska. To zbiór opowiadań surrealistycznych, absurdalnych. Autorce nie można odmówić ucha do dialogów. Warto zapoznać się z utworem tak bardzo wyróżniającym się z masy przeciętności, tak językowo dopracowanym. Niestety nie zaliczę go do swoich odkryć 2015 roku, ponieważ po zakończeniu lektury w mojej głowie nie zostało żadne jego wspomnienie. Nie zmienia to faktu, że autorce gorąco kibicuję.

2. Dominika Słowik Atlas: Doppleganger 

Magiczny labirynt klatek schodowych, tajemnice opuszczonych mieszkań, prototyp blokowiska - rekwizyty Polski okresu przemian ustrojowych. Postaci, o których powiedzieć "ekscentryczne", to nic nie powiedzieć. Dla kogoś takiego jak ja również literatura wspomnieniowa. Co to się jadło, co się piło, co się robiło w latach dziewięćdziesiątych i nikomu się dziwne nie wydawało. Mówiąc w skrócie. Tak się akurat jednak składa, że w moim bezapelacyjnie subiektywnym odczuciu mistrzem polskiej wspomnieniówki jest Łukasz Orbitowski (ale o nim za chwilę ;-)). Tymczasem autorka, rocznik 1988, niczego jej nie ujmując... o wczesnych latach dziewięćdziesiątych może wiedzieć ze słyszenia, może mieć mgliste dziecięce wspomnienie, ale żeby to czuć, żeby wiedzieć, o czym się mówi, trzeba się było urodzić parę lat wcześniej. Czasami i dobry risercz nie pomoże. Bo na ten przykład surowy ziemniak dawany dzieciom do szkoły zamiast jabłka. Pamiętacie? Ano właśnie ;-)))

Gdybym musiała wybierać, największym rozczarowaniem okazało się dla mnie W sieci Thomasa Pynchona. Wielkie nadzieje wiązałam z podejmowanym w powieści tematem bezpieczeństwa w sieci we wczesnej epoce internetu. Poza tym nazwisko autora! Wcześniej czytałam jego Wadę ukrytą, ale, zdaniem dziennikarza The Telegraph w recenzji (jak zgaduję) przetłumaczonej przez Onet, "Wada ukryta" była pogodną historyjką utrzymaną w podobnym tonie, co drugorzędne powieści Pynchona, "Vineland" oraz "49 idzie pod młotek", Chandlerowską podróżą do Kalifornii schyłku lat 60., przesyconą narkotycznymi oparami oraz muzyką w stylu surf. No mnie się akurat podobała, ale co ja wiem o Pynchonie czy o muzyce w stylu surf. Tymczasem W sieci nie zrozumiałam. Niech mi ktoś powie, o co chodziło w tej grze, proszę.

Ale wystarczy. Przejdźmy do wielkiej trójki 2015 roku!

Są to trzy nazwiska i utwory aex equo:

1. Emily St. John Mandel Station eleven
2. Łukasz Orbitowski Inna dusza
3. Lars Saabye Christensen Odpływ

Podsumuję krótko: Pani Mandel zasłużyła sobie na moje uznanie pięknym stylem, pomysłem, tematem oraz tym, że wciągnęła mnie w swój świat od pierwszej strony. Dokładnie rok temu zakwalifikowałam ją do mojej wielkiej trójki powieści postapo. Planuję zakup jej kolejnej książki. Więcej! Po przeczytaniu wywiadu sięgnęłam po polecaną przez nią powieść Belcanto i ta również zrobiła na mnie wrażenie. Przy Panu Orbitowskim trwam wiernie od czasu Tracę ciepło, a nawet opowiadań z Nowej Fantastyki. Kiedy usłyszałam o przyznaniu mu Paszportu Polityki, zachowałam się, jak, nie przymierzając, Kazimierz Marcinkiewicz. Yes! Yes! Yes! Nareszcie! W pełni zasłużona nagroda. Życzę mu, żeby zgarnął całą pulę tegorocznych nagród. Pan Christensen natomiast to zupełnie nowe odkrycie. Językowo, narracyjnie zachwycił mnie do tego stopnia, że pożyczoną książkę poszatkowałam kolorowymi karteluszkami, a potem miałam dużo cytatów do przepisania.

Słuchajcie, nie ma sensu pisać więcej. Lepiej czytać, prawda? Sprawdźcie ich, oceńcie sami i podzielcie się ze mną swoimi opiniami.

Do zgadania!

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

2 komentarze:

  1. Ten surowy ziemniak to się jej udało. Spróbowałaby się czymś takim pożywić:)

    OdpowiedzUsuń

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)