4 września 2015

Nie mam przyjaciół

Kiedy jest ciepło, chodzę do pracy na piechotę. To pięć kilometrów w prostej linii, mogę podczas drogi poczytać książkę, a kiedy dotrę na miejsce, czuję, że zasłużyłam sobie na śniadanie. Spacer odbywa się wzdłuż ruchliwej ulicy. To jedyny minus. Wolałabym chodzić malowniczą wiejską drogą. Ale mniejsza z tym.

Jeśli nie czytam, podsłuchuję ludzi. Nigdy nie wiadomo, co może się przydać do powieści. Mijając wczoraj pewne gimnazjum, ujrzałam dziewczynkę opartą o ogrodzenie. Wyglądała normalnie, jak każde dziecko w jej wieku: trampki, legginsy, luźna koszulka z napisem, modne okulary, tzw. "kujonki". Była smutna. Może nie smutna, ale patrzyła nieobecnym wzrokiem, była myślami gdzie indziej. W każdym razie nie wyglądała na uczennicę, która wyczekuje spotkania z koleżankami. Po prostu tam stała.

Przede mną szły trzy dziewczyny. W podobnym wieku, co tamta. Pewnie uczyły się w tej samej szkole. Były tak samo zwyczajne. Miały tylko inny temperament. Szły, śmiejąc się, dokazując, rozpuszczone włosy fruwały dookoła ich głów. To taki typ dziewczyn, które nie potrafią usiedzieć w ławce. Trzeba je stale uspokajać.

Kiedy zrównały z dziewczyną opartą o ogrodzenie, jedna z nich powiedziała:

- Cześć! Idziesz do szkoły?

Tamtą jakby zatkało. A może potrzebowała czasu, żeby wrócić myślami do tu i teraz. W końcu wycedziła:

- Nie...

Dziewczyny minęły ją i roześmiały się w głos. Że trzymałam się blisko, usłyszałam jak jedna mówi do pozostałych:

- "Cześć! Jestem dziwna i nie mam przyjaciół."


Nie wiem, czy dziewczynka pod płotem to słyszała. Mam nadzieję, że nie. Nie wiem, dlaczego w ten sposób ją oceniły. Znały ją? Może. Nie przypominam sobie jednak, byśmy w czasach szkoły w ten sposób wyrażali się o dzieciakach, które wyglądają normalnie, jak wszyscy. Nie będę udawać, że nie bywaliśmy wobec siebie okrutni. Zazwyczaj obrywało się dzieciakom w jakiś sposób wyróżniającym się z tłumu, zazwyczaj wyglądem. Bywaliśmy nieprzyjemni, ale i tak nie wykluczaliśmy nikogo z towarzystwa. Nie wiem, może to domena małej, wiejskiej szkoły?

Tamta dziewczyna wyglądała całkowicie przeciętnie. Niczym nie różniła się od przechodzących obok koleżanek, oprócz tego, że była zamyślona. Nie rozmawiała z nikim, bo nikogo obok niej nie było. Gdyby zaczęła mówić do siebie, to dopiero byłaby pożywka do złośliwości! 

Zastanawiam się, jak trzeba teraz wyglądać, kim trzeba być, ile trzeba z siebie dawać, jakie umiejętności aktorskie należy opanować, żeby uznali cię za swojego, żeby nie śmiali się za twoimi plecami. A może poruszyła mnie ta scena, bo sama byłam milczącym dzieckiem, które, zamiast biegać po korytarzach, wolało poczytać książkę czy posłuchać walkmana. Nie czułam wtedy, żeby ktoś się ze mnie śmiał. A może robili to dopiero, gdy minęli mnie opartą o ogrodzenie?

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

3 komentarze:

  1. Trzeba mieć kasę - a za nią całą resztę. Przykra, smutna prawda.

    OdpowiedzUsuń
  2. Warto poczytać o psychologii dzieci i młodzieży. Wykluczenie z grupy nie ma związku z pieniędzmi.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem, co teraz trzeba, żeby być na fali. Natomiast zaskoczyła mnie dzisiaj opowieść jednenastoletniej Nat, wróciła ze szkoły na lunch do domu, bo zapomniała karty na stołówkę. Wyznała, że nie lubi wracać sama, bo inne dzieciaki śmieją się z samotników. Zdumiało mnie to zjawisko.

    OdpowiedzUsuń

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)