Sielski sierpień
Niniejszą notką postanowiłam wrócić do tradycji fotoopowieści.
Ponieważ buduję dom, nie dla mnie są w tej chwili wojaże zagraniczne czy wakacje w malowniczych zakątkach. Aparat miesiącami kurzył się i płakał, że go nie używam. Biedactwo. Współczułam i z rosnącym poczuciem winy omijałam go wzrokiem. Jednak w ubiegłym tygodniu portale pogodowe zaskoczyły mnie informacją o fali upałów. Wobec takich rewelacji rzadko pozostaję obojętna. Wzięłam szybki urlop, nie wzbudziłam podejrzeń szefowej, wsiadłam do pociągu relacji Warszawa - Kutno i w dwie godziny przeniosłam się w rodzinne strony.
Aparat niemiłosiernie ciążył i zajmował pół plecaka. Gdyby nie kosztował tyle, ile kosztował, wcisnęłabym go komuś, kto ma wszystkie dyski w kręgosłupie na miejscu. Żeby tego było mało, miejsca na mamine mrożonki zostało tyle, co w kolejce do lekarza. Jednak przyroda wynagrodziła wszelkie trudy i uszczerbki na zdrowiu. Inspirująca i bujna jak kształty Kim Kardashian z ochotą pozowała do zdjęć.
Dowody tego owocnego spotkania zamieszczam poniżej :-)
Zaczęłam na luzie od klasycznego byczenia się na leżaku, na kolorowej działce mamy.
Działka tonie w kwiatach, ganek tonie w nasionach na kolejny rok. Kwiatami spokojnie dałoby się obsiać całą powierzchnię, rezygnując z trawy.
Gdybyście uznali, że to mało, bardzo proszę:
Ale udajmy się na spacer. Możliwości są trzy:
Spacer nad zalew, czyli jedno z miejsc, w których nie spotkasz nikogo, oprócz pani Haliny, która jest wszędzie. Po moim powrocie mama już wiedziała, że byłam nad zalewem i że miałam ze sobą aparat. Reszta szczegółów relacji została utajniona.
Można też zagubić się w lesie. Jednym z dwóch, bowiem moje rodzinne strony tak naprawdę ukryte są w lesie przed wzrokiem niepowołanych osób.
A jeśli idziemy przez las, to u jego wylotu przedzieramy się środkiem pola i trafiamy do mojej podstawówki :-)
Podstawówka parę lat temu została zamknięta. Być może dlatego, że np. przy rzucie piłką lekarską zahaczało się o sufit sali gimnastycznej.
Szlak, z którego robiłam zdjęcie pokrywał się z tak zwaną pętelką, czyli trasą biegu, który pozwalał nam zaliczyć 45 minut wuefu, a przy okazji ukraść po drodze parę jabłek z czyjegoś podwórka. Tym razem nie kradłam jabłek, tylko sekrety domu za oknem ;-)
Ale ale... jesteśmy na wsi, czyli korzystamy z trzeciej opcji spaceru. Wieś jest spokojna i kolorowa...
Można by powiedzieć, że nawet pies z kulawą nogą mnie nie widział, ale...
Oto pojawił się ów fajny koleżka, który nie dość, że miał wszystkie łapy zdrowe, to z ochotą wziął udział w sesji zdjęciowej.
Podobnie zresztą jak jego parzystokopytne koleżanki.

Choć ta druga spoglądała na mnie nieco podejrzliwie.
Łaciatym nie w głowie były jednak waśnie. Postanowiły oddać się relaksowi w cieniu na trawie.
A ja przerzuciłam się na fotografowanie obiektów, które nie wezmą mnie na rogi ani na kopyta ;-)
Co za spacer, cóż za emocje, jakie zwroty akcji! Byłam wykończona! Wróciłam się posilić.
Na miejscu czekał na mnie on. Pies Rafał :-)
A ponieważ, jak wiecie, mam słabość do kanapowych przyjaciół, zaprezentuję wam jeszcze kichawę Rafała.
I uszki ;-)
Dzień na działce powoli dobiegał końca, a notka zaczęła przybierać rozmiary albumu, dlatego pożegnam się zachodem słońca (i flarą, bo jak już pewnie zauważyliście, mam słabość do wpadających w obiektyw promieni i okręgów słonecznych).
Zanim to jednak nastąpi, zdradzę wam pewien sekret ;-)
Otóż chodzę na warsztaty renowacji mebli, gdzie pracuję nad pewnym uroczym meblem, który stanie w moim nowym domu. Spodziewajcie się niebawem fotorelacji z warsztatów. Mam nadzieję, że spodobają wam się zdjęcia "przed" i "po". Sama jestem ciekawa efektu po renowacji i wierzę, że będzie powalający.
A już za kilka miesięcy, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, spodziewajcie się obszernej relacji fotograficznej z budowy domu! To będzie coś wielkiego! "Przed" i "po" w skali super makro :-))
Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska
Jak zwykle w takich razach, jestem osobą zawstydzoną, gdyż ponieważ, miotają mną odczucia niskie, płaskie jak naleśnik: najzwyczajniej w świecie zżera mnie zazdrość, że zdjęcia ładniejsze od moich! Ujęcia ładniejsze od moich. Buuu! Będę ryczeć.
OdpowiedzUsuńA teraz, przez moment, poważnie: wszystko ładniejsze od mojego!
P.S.
Naprawdę są takie miejsca na Ziemi:)
Uściski
Iwona, nie do końca anonimowa.
Iwona, jak już wspominałam na tak zwanym privie, mam słabość do podobnego dramatyzowania i czekam na Twój beścik of :)
Usuńo rety:) te zdjęcia aż pachną tą cudowną roślinnością, okolicą, zwierzętami, UWIELBIAM TE KLIMATY;0
OdpowiedzUsuńNo no :-) Za to w Podkowie pachnie lasem! :-))
UsuńPiękne obrazki! Krowy najlepsze. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńTak, krowy mają to coś w spojrzeniu, za co aparat je kocha ;-)
UsuńKarpiku dzieki za ten sentymentalny spacer😘 aż się łezka w oku kręci 😉
UsuńHi hi, do usług ☺
UsuńPiękne obrazki! Krowy najlepsze. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuń