26 sierpnia 2015

Zadie Smith "Lost and found", czyli przez grzeczność nie zaprzeczę

Zadie Smith oczarowała mnie na Big Book Festival. Piękna, drobna kobieta z niskim głosem. Bardzo ciekawa osobowość. Chłonęłam każde jej mądre słowo.

WRESZCIE zdecydowałam się na zakup jej najnowszej antologii Lost and Found, która zawiera TYLKO TRZY opowiadania. Moim skromnym zdaniem: ma-ła-wo. Zmuszasz ludzi do sporego wydatku (cena okładkowa to prawie 33 PLN), daj więcej. Widać jednak sława i uznanie wystarczają, by wstawić do sklepu produkt, który mógłby być tańszy albo chociaż bardziej treściwy.




Mam problem z Zadie Smith. Lubię jej słuchać, bo to bardzo mądra kobieta. Lubię jej poczucie humoru, celne riposty. Pamiętam, jak uśmiechałam się, gdy w czasie Big Book Fest żartowała z tego, że po sukcesie Białych zębów stała się nagle ekspertem od mniejszości itp., a tymczasem wcale nie chce być żadną tubą żadnej idei, tylko pisać swoje. Lubię czytać jej eseje o literaturze. Problem w tym, że nigdy dotąd nie udało mi się dotrwać nawet do połowy jej  powieści, jakkolwiek się starałam. Zaopatrzyłam się nawet w Białe zęby, Łowcę autografów, Londyn NW, O pięknie. Niby ciekawe, niby błyskotliwa narracja, ale jakoś takie niewciągające, jakoś tak brakowało "dziania się". Może po prostu nie rozumiem tego typu literatury.
Łączy mnie z Zadie trudna relacja.


A teraz kilka wrażeń na temat Lost and found.
 
Szkoda, że pierwsze opowiadanie w zbiorze ("Martho, Martho") jest, moim zdaniem, najgorsze. Jakiś błąd marketingowy. Jeśli miały mnie wkurzyć obie antypatyczne bohaterki Pam i Martha, to udało się. Ale ostatnia, chwytająca za gardło scena z fotografią to dla mnie za mało, by docenić całą historię. W zamyśle jest ciekawa, gorzej z realizacją.

Najbardziej podobał mi się drugi tekst ("Hanwell w piekle"). Miał nietypową budowę, akcja była powolna, ale gęsta od niedomówień. Zadie Smith otarła się o talent Alice Munro. Puenta opowiadania zmusza do myślenia. Boli.

Trzecie OSTATNIE opowiadanie ("Ambasada Kambodży") ma charakterystyczny rytm wyznaczany przed badmintonową lotkę odbijającą się od rakiet zawodników skrytych za murem ambasady. Zawsze rozczula mnie, gdy bohaterem, nawet drugoplanowym czy epizodycznym, jest badminton. A historia? No jest. Ale czy złapała za gardło?
  
Zadie Smith pisze w posłowiu, że z opowiadaniami nie jest jej szczególnie po drodze. Przez grzeczność nie zaprzeczę.

Przeczytajcie Lost and found i podzielcie się swoimi wrażeniami.

Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

4 komentarze:

  1. Otarła się o talent Alice? Uuu, to w Twoich ustach bardzo wiele :) Chętnie sprawdzę na własne oczy zaczytane. Podobno kopia "Lost and found" czeka na mnie u Siostry. Jadę niebawem, porywam i czytam w drodze powrotnej do Londynu. Podzielę się. Dzięki za ciekawe uwagi. Ja tam ją nie tylko trawię, ale wręcz lubię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wiem, że Ty ją lubisz i jestem pełna podziwu, że doczytujesz jej powieści do końca ;-)

      Usuń
  2. Pierwsze opowiadanie przeczytane w samolocie. Zgadnij :) No pewnie, że podobało się. Jak Munro. Warunki czytelnicze niełatwe, a wciągnęło. Śnieżyło mi gdzieś tam za kołnierz, kiedy czytałam. Nawet lekkie ciary. Wiedziałam od Ciebie, że nie ma się co łudzić, że nic się nie wydarzy, ale i tak. Dużo ostatnio takich dzieł, dziełek. "Ostatnie rozdanie" Myśliwskiego, moim zdaniem perełka, a zakończenia nie posiada. Albo film, "No Country for Old Men". Urywa się. Musiałam doczytać w internecie, że tak miało być, bo według instrukcji głównym bohaterem nie ten, którego typuje widz. No i co z tego. Wsiąkłam, oglądało się świetnie. Ale może ja stara jestem, mało wymagająca. Z przyjemnością przeczytam kolejne opka Zadie. Mam dać znać, czy już Cię nie denerwować? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że gdybym wiedziała, że "To nie jest kraj..." powstał na podstawie książki McCarthy' ego, w życiu nie siegnelabym po "Drogę". Jak wiele bym straciła!

      Usuń

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)