31 sierpnia 2015

Francuz na bazarze. Wzruszające momenty.

Jest na moim skrzyżowaniu taki bazar, a właściwie dwa. Jeden na jednym rogu, drugi na drugim. Ten pierwszy oferuje towar odzieżowo-wietnamski. Kupuję sobie gatki i skarpetki, okazjonalnie bluzki w cenie poniżej dziesięciu złotych, od Polaków, ale zapewne Made in Bangladesh, choć nie jestem pewna, ponieważ metki są poucinane. Drugi bazar oferuje artykuły spożywcze. Pełno na nim bud, namiotów, rozpadających się i tych porządniejszych. Nie jest to Boqueria w Barcelonie ani stambulski Spice Bazaar. Ale obleci.


Jako człowiek, któremu łatwiej porozumiewać się na piśmie, który miewa problemy ze spontanicznym kontaktem z obcymi ludźmi, przez wiele lat wolałam robić zakupy w drogim, lecz anonimowym markecie MocPol, którego znakiem rozpoznawczym są kilometrowe kolejki. Wyobraź sobie, że kupujesz świeżutką, gorącą bułkę, która przy płaceniu rachunku staje się czerstwym kamieniem. Poza tym ekspedientki wedle moich obserwacji biorą udział w dorocznym konkursie na najwolniejszą obsługę. Tak że ten teges... przełamałam się w kwestii bazaru.

Pierwsza wizyta na bazarze to był czysty rekonesans, a wręcz partyzantka. Przemykałam bokami, wzdłuż tylnych ścian budek, i obserwowałam. Wsłuchiwałam się w rozmowy, które potwierdziły, że tradycyjny handel cechuje się pewnymi rytuałami związanymi z wyborem towaru, negocjowaniem wagi i ceny, okraszonymi wymianą zdań na tematy pogody, polityki, gospodarki, która od obu stron, sprzedawcy i klienta, wymaga obycia i umiejętności szybkiego formułowania zdań. Drugie kryterium to moja zmora.

O zmianie mojego nastawienia zadecydował Francuz. Szybko przekonałam się, że na bazarze mogę zaopatrzyć się dosłownie we wszystko (z jednym wyjątkiem: nie sprzedają gum do żucia Orbit różowych, które są mi niezbędne do życia. Bez Orbit różowych jestem jak karp bez wody) i że czynię to o niebo szybciej niż w MokPolu (do którego zaglądam już tylko z konieczności - w niedzielę, gdy bazar jest zamknięty), ale dopiero Francuz oczarował mnie swoją kupiecką magią.

Ten sprzedawca i jego kram pełen owoców i warzyw wyróżnił się na tle reszty. Po pierwsze sklep znajduje się przy samym wejściu, więc nie muszę kluczyć między wąskimi alejkami wśród tłumów "tylkopaczy". Francuz, nawiązawszy ze stałymi klientami szczególną relację, potrafi w umiejętny sposób odwieść cię od zakupu towaru, z którego jego zdaniem byłabyś później niezadowolona. Wiecie, o co mi chodzi? Takie sytuacje zdarzają się u mojej mamy w mięsnym. Francuz zaskarbił sobie moje względy przede wszystkim z powodu charakteru. Mój mąż twierdzi, że to jakiś mruk, buc, patrzy spode łba, dziwnie się z nim gada. Nawet jest "miłego dnia" nie brzmi przekonująco. Otóż dla mnie to idealna cecha idealnego sprzedawcy. Ktoś, kto nie wdaje się w zbędne szczegóły. A może, jak ja, jest po prostu nieśmiały?

Dlaczego akurat tak na niego mówię? Otóż razu pewnego klientka spytała, dlaczego mówi z taką nietypową manierą. Uniósł dumnie brodę i powiedział: "Proszę pani, bo ja jestem Francuz!", a dokładniej: "Phoszę pani, bo ja jestem Fhancuz!". Ha!

Najbardziej urzekł mnie, gdy spontanicznie powiedział kiedyś, że w nocy widział liska przebiegającego przez Puławską. Do diaska, ilekroć uczestniczę w takich intymnych momentach, gdy ktoś dzieli się ze mną nietypowym wrażeniem, mówi z uczuciem w głosie, niesamowicie się wzruszam. Pielęgnuję takie momenty. Na zawsze zapisuję jej w pamięci. Francuz dołączył do katalogu moich ciepłych wspomnień o dziadku, który kupował żabkę dla wnuczka i listonoszu, który tłumaczył się z długiej wycieczki windą.

Celebrujecie podobne wspomnienia?

 
Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)