16 lipca 2015

OPOWIADANIE "Witajcie w naszej bajce"

Konkursy pisarskie! Ile to się człowiek nadenerwuje, paznokci poogryza, kółek wokół boiska przebiegnie! Wygram, nie wygram? Objadą mój tekst, nie objadą?

Dawno dawno temu napisałam na pisarski konkurs wigilijny opowiadanie Witajcie w naszej bajce. Ludzie powiadają, że sportretowałam w nim pewien typ mężczyzny. To była dla mnie wiadomość tyleż nowa, co onieśmielająca, bo... dość powiedzieć, że miło słyszeć, że moje opowiadanie posiada dodatkowe znaczenia, płaszczyzny ;-)

Przed chwilą dwoje piszących fajnych ludków przypomniało mi o tym opowiadaniu. Jeden piszący ludek podobno nawet się śmiał i twierdzi, że to cały on. Zatem i wy się pośmiejcie i powiedzcie, czy widzicie w głównym bohaterze jakiś bliski wam typ mężczyzny, czy...



Witajcie w naszej bajce

            – Musiałem poczekać, aż wyjdą – słyszę. Głos Pana Kleksa jest głęboki, rezonuje jakby Piotr Fronczewski wcale nie grał w filmie, a śpiewał w operze. Siedzę przed telewizorem, urzeczona, oczy wielkie jak cebule. Rodzina poszła na pasterkę, ja zbojkotowałam. Jestem w ostatniej klasie liceum. Najwyższy czas postawić na swoim. Kiedy matka kazała mi na dzisiaj założyć spodnie w kant i fioletowy sweter na guziki, mniej więcej od tego momentu mam własne zdanie. Zostałam sama, plus pies pod stołem – Witek. Tak jest dobrze. Gapię się na film z dzieciństwa i to zostanie między nami. Miałam napisać opowiadanie o przyjaźni, ale przerwałam w połowie. Na obecnym etapie życia kicham na przyjaźń. Odkładam zapisane kartki na stół. Innym razem.
            Pod stołem stęknął pies. Może mu się śni, że jest w raju, gdzie przecina śnieg żółtymi ścieżkami, które nigdy nie przestają parować, a miska ugina się pod hałdą świeżych kości. Kleks wyjawia Adasiowi przepis na zupę kwiatową w trzech smakach. Zupa kwiatowa w trzech smakach! Wolałabym zamiast kapusty z grochem, która mnie będzie męczyć do jutra. Fronczewski macha ręką i w wazonach materializują się frezje, na ścianie wyskakują kielichy kwiatów a la clip art. Efekty w filmach z lat osiemdziesiątych rozczulają mnie. Są realistyczne jak moje marzenia o życiu w ciepłych krajach.
            Witek gramoli się spod stołu. Ledwo ma siłę, za dużo zjadł na kolację wigilijną. Nie lubię karpia, a psu też się coś od życia należy. Przysiada na tylnych łapach jak posąg obok pufy, na której wyciągam nogi szczelnie zawinięte w koc. Za bardzo mi wiało przez artystyczne dziury w dżinsach. Witek łeb trzyma prosto, nieruchomo, oczy wbite w ekran, ogląda film razem ze mną. Czar wczesnego Fronczewskiego działa na wszystkie gatunki.
– Dlatego nie odezwałem się przy pierwszej gwiazdce.
Odwracam głowę w stronę Witka. Marszczę brwi. Krzyżujemy spojrzenia. Pies patrzy na mnie błękitnymi oczami jak moje, w czarnych obwódkach. Witek to husky. Ma minę jakby wszystko rozumiał. Cholera, patrzy jakby zdążył ułożyć w głowie traktat filozoficzny i postanowił się nim ze mną podzielić. Unoszę bezbronnie ręce i wciągam powietrze do płuc. Witkowi ani drgnie powieka. Wypuszczam powietrze dopiero po chwili i przenoszę wzrok z powrotem na ekran. Kleks każe Adasiowi zanieść zupę do jadalni. Nuda. Znów patrzę na psa. Podnosi zad, przechodzi dwa ospałe kroki w moją stronę i włazi przednimi łapami na pufę. Rośnie jak kolos, w końcu to duży pies, i zbliża pysk do mojej twarzy. Jego mokry czarny nos znajduje się dziesięć centymetrów od mojego białego i jeszcze bardziej mokrego. Złapałam przedwczoraj katar.
Odsuwam jego pysk w bok. Przytrzymuję, żeby mieć nieco przestrzeni życiowej. Czuję, jak jego opór słabnie, więc opuszczam dłoń i ukrywam ją z powrotem pod kocem. Zdążyło mi się zrobić zimno. Kleks znika z kadru, uczniowie akademii rozkładają talerze na stole. Zachodzę w głowę, co ma z tym wspólnego pierwsza gwiazdka. Przecież będą jedli zwykły obiad. Żadna to uroczysta kolacja wigilijna. Kątem oka obserwuję Witkowy pysk.
– No co? – pyta nagle. – Przecież by padli na zawał, gdybym się przy nich odezwał jako pies. Tylko ty tutaj wierzysz w bajki.
– O, wypraszam to sobie! – prycham, wyrywam ręce spod koca i wyrzucam w górę w geście na papieża. Dopiero po chwili orientuję się, że rozmawiam z psem. Opuszczam ręce. Pocieram palcami podbródek. Coś tu nie gra.
– Opowiesz mi bajkę? – pyta głosem faktycznie podobnym do Fronczewskiego, który robi teraz deser, dwie pastylki na porost włosów i cztery piegi. – Tu jestem – dodaje pies, by zwrócić na siebie uwagę. Przesuwa łapy na moje uda, wciąga tyłek na pufę, wykonuje sekwencję chwiejnych kroków, zgina się w paragraf i klapie na moim podołku. – No, jesteś całkiem wygodna. Teraz możesz zaczynać.
– Co…? – bąkam tylko, bo choć na usta ciśnie mi się milion pytań, wszystkie są w esperanto.
– Bajkę chcę – mówi i kładzie pysk na mojej dłoni. Unosi rekinie oczy do góry, ja patrzę w to czarno-białe oblicze i dalej niczego nie rozumiem. – Tyle piszesz, więc może coś opowiesz? Sam sobie kartek nie przerzucę. Mogę je co najwyżej zjeść – dodaje i rozciąga fafle w szelmowskim uśmiechu.
Nie wierzę w bajki, ale je lubię. Zazwyczaj występuje w nich zła czarownica, przy całej plejadzie pozytywnych bohaterów. Czarownica to moja matka. Ja jestem sklonowanym super-bohaterem, który zadaje jej ostateczny cios na sto sposobów okraszonych krwawym sosem.
Stwierdzam, że Witek jest miły w dotyku. Zdążyłam go pogłaskać parę razy, skoro już jest w zasięgu dłoni. Zazwyczaj nie należy do typów towarzyskich. Zupełnie jakbyśmy byli z jednego miotu. Sierść Witka działa jak pierzyna, rzecz o tej porze roku przydatna. Robi mi się ciepło, w końcu. Stwierdzam, że choćby za to bajka mu się należy. Niech stracę. Będzie szybko i na temat. Bohater zginie w pierwszej scenie. Powiedzmy, że wyjedzie na wakacje. Uda się na plażę, rzuci ręcznik, wsłucha się w szum fal, podelektuje ciepłem. Piasek skrzy się w słońcu jak niebo w nocy na Mazurach. Bohater wskoczy do oceanu. Lazurowa woda, odprężenie. Sama się rozmarzyłam. W jednej chwili wypływa obok rekin. Robi klap zębami i po bohaterze. The end. Odejście z miejsca wypadku, szeroki plan, ocean, palmy, piasek, ręcznik coraz mniejszy, w tle muzyczka na ukulele. Witajcie na wyspach hawajskich!
Ściszam telewizor, odkładam pilota na kartki z niedoszłym kandydatem do Nike. Pytam Witka, o czym sobie życzy.
– Nie wiem! – warczy. – Opowiedz przygodę na Alasce, o najbardziej niebezpiecznym wyścigu psich zaprzęgów.
Jego pomysł kłóci się z moją wizją. Po pierwsze za bardzo wieje chłodem, po drugie Witek i zaprzęg? Litości. Klepię go z politowaniem po łbie.
– Wituś, kto jak kto…
To chyba jedyny husky na świecie, którego lenistwo przyćmiło naturalną potrzebę wleczenia sań przez dziesiątki kilometrów po zamarzniętej, białej ziemi.
Witek błyskawicznie prostuje łapę. Poduchy twarde od chodzenia po asfalcie miażdżą moją wątrobę. Zaciskam zęby, starając się nie uronić łzy.
– Ty płaczesz? – pyta. Teraz ja warczę. – Bo zacznę wyć i zbiegną się sąsiedzi.
– Wszyscy są na pasterce – cedzę przez zęby. – Poszli o własnych siłach. Na dwóch łapach! Dasz wiarę?
– Lepiej mnie podrap za uchem i przystąp do opowieści – Czuję jak napór łapy słabnie, a z mojego brzucha dobiega gulgot, który w tłumaczeniu z Morse’a znaczy Pomocy! – Obiecuję, że potem odpowiem na wszystkie twoje pytania. Nie chciałabyś wiedzieć, co się stało z koszulką Sex Pistols?
– Ty gadzie! – Blokuję uderzenie łapy, nim znów przerobi moją wątrobę na tarczę strzelecką.
– Należę do innego gatunku, moja pani. Wiedziałabyś, gdybyś spędzała czas na biologii, zamiast z koleżankami na przystanku.
– Skąd wiesz?
– Wróbelki ćwierkały.
– Wróbelki, których nie możesz dosięgnąć, bo wzbijają się metr nad ziemię?
Ziewa przeciągle i zamyka oczy.
– Mam nadzieję, że twoje bajki nie są tak nudne jak komentarze. Zacznij już, ja będę słuchał. – Jego napięte mięśnie rozluźniają się. Czuję jakby zamiast psa, ktoś zrzucił na mnie wór kartofli.
– Nie wiem, czy wytrzymam do końca historii z tobą na kolanach. Już zaczynają mi omdlewać.
– Przyzwyczaisz się. U mnie to stan permanentny. – Ziewa jeszcze szerzej i wykonuje łapą zachęcający gest. – Wiem, że w środę wybierasz się na koncert. Zawsze możesz założyć ten twarzowy fioletowy sweterek. Mama się ucieszy. Chyba że wolisz koszulkę…
Drapię go za uchem, żeby wreszcie zamilkł i zastanawiam się, dlaczego akurat zażyczył sobie bajki. Dlaczego nie poprosił o wątróbkę albo żeby go nigdy więcej nie kąpać? Otwiera jedno oko i wlepia we mnie jakby wiedział, o czym myślę.
– Już zaczynam, Bazyliszku – oznajmiam niepewnie. Dumam tylko przez chwilę, bo historia napisała się sama dawno temu. – Jest to opowieść o ospałym husky imieniem Frytek – zaczynam. Witek zamyka oko. Nie uprzedza się, jak widać. Dla pewności jednak nadal osłaniam brzuch.
– Ospały husky mieszka w schronisku, ponieważ właściciel chciał zrobić z niego lidera zaprzęgu. Niestety szczeniak wyrósł na wodza kanapy i wypraw do miski. Właściciel przywiózł go do placówki, oficjalnie skarżąc się na problemy z sercem. Za bardzo ryzykował zdrowiem z psem zaprzęgowym. Nieoficjalnie zgnuśniały Frytek do niczego się nie nadawał.
– Pewnego razu miła patologiczna rodzina zabiera Frytka do siebie. Ojciec rodziny to kmiotek, który wymyślił sobie psa na polowania. Matka to histeryczka, która krzyczy, że żadnych psów, ale towarzyszy rodzinie w wyprawie do schroniska, aby w razie czego wybrać mniejsze zło. Tylko córka jest normalna w tej galerii osobliwości i wie, że pies husky ma tyle wspólnego z polowaniami, co James Blunt z rock’n'rollem i że jeśli rodzina nie biega maratonów, może z nim dostać zadyszki. Ale w tym domu nikt córki nie słucha.
– Frytek szybko wyprowadza właścicieli z błędu. Chodzi tylko na krótkie spacery, ponieważ po pięciu minutach zaczyna powłóczyć nogami, a gdy już załatwi swoje sprawy, każe się ciągnąć na smyczy. W domu głównie postękuje przez sen. Kiedy nie śpi, domaga się jedzenia. Kiedy śpi, również. Puknięcie drzwi lodówki wyrywa go z najgłębszej sjesty. Smakuje mu wszystko, łącznie z winogronami, serem żółtym, jogurtami danone i piwem. Gdy czegoś nie dostanie, łamie adwersarzy wytężonym, morderczym spojrzeniem. Jako towarzysz zabaw najlepiej czuje się w innym pokoju. Omija właścicieli jak stęchłe skarpety, na widok państwa wracających z pracy reaguje przekręceniem łba w przeciwną stronę. Pod tym względem on i córka rodziny są jak Butch Cassidy i Sundance Kid, Bolek i Lolek, jak Batman i Robin.
Przerywam opowieść. Frytek, znaczy Witek, postękuje przez sen. Ciekawe, czy śni mu się wyścig na Alasce? Wątpię. Stawiam raczej na koc przy piecu. Mam do niego milion pytań, mam chęć zrzucić go wreszcie z kolan, ale zwinął się tak jakoś osobliwie, jak spinacz do papieru, podkurczył łapy i położył łeb na mojej dłoni. Przefasonował mnie na postać z kreskówki, przygniecioną fortepianem.
Próbuję wyciągnąć rękę niczym bierkę ze stosu, ale stos ani myśli się rozsypać. Ktoś go skleił na super glue. Moja sytuacja jest tak beznadziejna, że zastanawiam się, czy nie zadzwonić na stacjonarny z komórki, żeby się Witek zerwał, narobił psiego rabanu. Tyle że byłabym naiwna, oczekując od niego psiej reakcji. Poza tym komórka leży pięć centymetrów za daleko. Z braku pomysłów, opieram głowę na podłokietniku fotela. Odpływam jak USS Virginia, szybko i niepostrzeżenie.
Budzi mnie głos w przedpokoju.
– Wituś. Wituś, no chodź – Rodzice, ciotka i wujek wrócili z pasterki. Nie muszę otwierać oczu, żeby poznać, kto się szamocze z kurtką, komu upada wieszak. Spod półprzymkniętych powiek widzę Witka stojącego w drzwiach: łeb w korytarzu, ogon uniesiony w znak zapytania nadal tkwi w salonie. Nie obskakuje swoich państwa jak każdy normalny pies. To byłoby nie po Witkowemu. Przyjmuje ich z radością dziecka, które zamiast playstation, dostało pod choinkę piżamę w romby.
Matka zdejmuje buty. Słyszę jak wpada na szafę, jak klnie pod nosem. Spowiedź niczego jej nie nauczyła. Odzyskuje równowagę i rusza przez przedpokój.
– Zuziu? – Jest na tyle miła, że nie wrzeszczy na mnie od progu. Mogę spokojnie strząsać z powiek resztki snu. – Święte nieba! Co ty narobiłeś?!
Jazgot obija wnętrze mojej czaszki. Dzięki mamo, mamroczę w myślach. Podrywam głowę. Mrugam kilka razy, żeby przywyknąć do światła. Na podłodze walają się poszarpane kartki z moim murowanym kandydatem do Nike. Eks-kandydatem. Patrzę na stół. Spod pilota wystaje jeden arkusz. Biała kartka, u góry której widnieje tylko jedno słowo – Witek – nakreślone niezgrabnym charakterem pisma, nie moim, ja piszę wyraźnie jak dziecko z podstawówki. Spoglądam w stronę domowego pupilka. Odwraca łeb i rozciąga fafle w szelmowskim uśmiechu. Już wiem, o czym napiszę.


 Wpadnij też na FB fanpage K.A. Kowalewska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)