29 grudnia 2014

Prawo kontra religia, czyli najnowsza powieść McEwana

Brytyjska ustawa o dzieciach z 1989 roku została uchwalona, by zabezpieczyć dobro dzieci w kontekście działania rodziców, władz, sądów i innych agencji rządowych. Poprawka do ustawy z 2004 roku rozszerzyła uprawnienia władz w zakresie interwencji w najlepszym interesie dzieci. 

Na tych dokumentach opiera się najnowsza powieść angielskiego pisarza Iana McEwana The Children Act, na którą w Polsce musimy jeszcze poczekać. Jednak intryga nie toczy się jedynie wokół interpretacji rządowej uchwały. Nie tak to działa u McEwana. W The Children Act na pierwszy plan wychodzą ludzie.


Główna bohaterka powieści - Fiona Maye jest sędzią orzekającym w sprawach dzieci. Jest szanowana, jej decyzje oparte są na wiedzy i głębokiej analizie. Jej kariera przeżywa rozkwit. Natomiast sprawy osobiste nagle zaczynają się gmatwać. Mąż Jack oświadcza pewnego dnia, że pragnie "przed śmiercią" przeżyć jeszcze raz prawdziwy, namiętny romans. Proponuje żonie otwarte małżeństwo. Niestety wszystko wskazuje na to, że bardziej stawia ją przed faktem dokonanym, niż pozwala na wspólne podjęcie decyzji. Oznajmia, iż jego niespełna trzydziestoletnia asystentka jest zwarta i gotowa. Pakuje walizkę i opuszcza dom, utrzymując jednocześnie, że wcale nie pragnie końca małżeństwa.

Fiona może jedynie odprowadzić go wzrokiem, a następnego dnia po prostu zmienić zamki w drzwiach. Jest rozczarowana, jest wściekła. Jest po pięćdziesiątce i do tej pory nie znalazła czasu na dzieci. Ma tylko pracę.


Tymczasem w sądzie musi się zająć nagłym przypadkiem siedemnastolatka, świadka Jehowy, który odmawia transfuzji krwi ratującej życie. Zarówno rodzina, jak i chłopak - Adam, obstają przy swojej, podyktowanej przekonaniami religijnymi decyzji. Fiona musi zdecydować, czy szpital wykona transfuzję bez zgody Adama i jego rodziny. Postanawia odwiedzić go w szpitalu.

Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, ale "z głowy" Fiony. Czytelnik poznaje świat jej oczami.

Dramat w powieści rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony mamy Adama, który okazuje się dojrzałym, utalentowanym chłopakiem, który pisze poezję i właśnie podjął naukę gry na skrzypcach. Fiona ma okazję poznać obie umiejętności chłopaka. Nie może uwierzyć, że ktoś tak dojrzały jest jednocześnie tak zakorzeniony w swojej religii, która nie pozwala na podjęcie prostej, ratującej życie decyzji. Fiona napotyka dylemat. Czy uszanować poglądy Adama? Czy aby na pewno są to JEGO poglądy, a nie religia, jaką narzucili mu rodzice? Czy wreszcie Adam nie traktuje decyzji jako swojego rodzaju ofiary, bohaterskiego czynu, który nie ma nic wspólnego z logiką?

Z drugiej strony jest życie osobiste Fiony. Nieszczególnie dziwi fakt, że Jack wraca po kilku dniach z podkulonym ogonem, uświadomiwszy sobie głupotę pomysłu na szalony romans.

Człowiek kontra człowiek. Religia kontra system. Emocje. 

Fiona wygłasza werdykt, którego konsekwencje poznacie, gdy zdecydujecie się na przeczytanie książki.

Lektura powieści McEwana zawsze daje mi dużo satysfakcji. Nie jest to coś, co czytam na co dzień ani coś, co sama piszę. U McEwana przede wszystkim gra detal, intryga rozwija się powoli. Na pierwszy plan wychodzą uczucia, konflikty rozgrywające się w duszach bohaterów.

The Children Act podobał mi się bardziej niż ubiegłoroczna Słodka przynęta, która, mimo że rozgrywała się w strukturach szpiegowskich, wywoływała średnie napięcie. Jak dla mnie była letnia, żeby nie powiedzieć mentalnie trafiająca w gusta nastolatków.

Pozostaje jednak pewien niedosyt. Po powrocie Jacka do domu postać Fiony, z perspektywy której toczy się akcja powieści, unika dzielenia się odczuciami. Niewiele w niej wrzenia, soczystych emocji. Wspomina jedynie o sytuacjach, gdy mijają się z mężem, unikają spojrzeń, rozpoczynają jakąś rozmowę, by zaraz rozejść się do innych pomieszczeń. Brakuje walki, rzucania naczyń, czegoś, co pokazałoby, co dzieje się w środku Fiony.

Nie wiem. Może nie na tym autor chciał się skupić, a może po prostu zabrakło mu czegoś, by wejść w pełni w umysł kobiety.

2 komentarze:

  1. a może chciał pokazać jak bardzo "papierowe" stały się kobiety? osobiście znam dużo przypadków gdzie rzucanie talerzami zastępuje głucha cisza i bierność wobec zastanych faktów

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. To mogłoby być zachowanie na miarę naszych czasów. Tylko pytanie, czy u kobiet, które wspominasz cokolwiek dzieje się wewnątrz?
      Bo tutaj, o ile względem męża zachowywała się dosyć biernie, to w odniesieniu do Adama emocje kipiały. Ale nie chcę zdradzać szczegółów.

      Usuń

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)