15 listopada 2014

Don't try this at home ;-)

Dziś będzie lekko. W końcu jest sobota.

Jak zauważyliście, często wstawiam śmieszne filmy z psami. Dlaczego? Bo psy lubię najbardziej, traktuję je jak pełnoprawnych domowników, kontakt z nimi stanowi dla mnie niewyczerpalne źródło radości.

I wiecie co? Osobiście miałam do czynienia z jednym takim zabawnym koleżką. Wystarczyło spojrzenie w jego błękitne, rekinie ślepia, że przeszedł łapami po moim brzuchu, wspomnienie jak spacerował po krawężniku, jak rozciął mi usta, okazując radość ze spotkania, a poziom moich hormonów szczęścia wykraczał poza skalę.

Jedno z moich ulubionych zdjęć tego koleżki nosi tytuł "don't try this at home".


Już wiecie dlaczego? Dodam, że obyło się bez kontuzji karku ;-)

Idę o zakład, że to pies posiadający najbogatszą kolekcję fotografii. Przyłapałam go w wielu sytuacjach, których, gdyby był celebrytą, wolałby nie upubliczniać. To pies, który pod ciągłym obstrzałem aparatu nauczył się nawet pozować.

 

Parę lat temu przeszłam przez etap czytania książek o psach. Nie poradników, tylko powieści, wspomnień. Poznałam więc losy ratowanego z Iraku szczeniaka Lavy (Misja szczeniak), Devona, który nie liczył się z nikim i niczym (Dobry pies), psich przyjaciół na dobre i na złe (Życie na trzy psy) i najbardziej chyba znanego klockowatego labradora Marleya (Marley i ja).

Ostatnia książka była zdecydowanie najlepsza. Krążyła z rąk do rąk. Od pierwszej do ostatniej chwili pokazywała, niekiedy trudną, miłość ludzi i psa. Scena pożegnania zmusiła do sięgnięcia po chusteczki.

Tego przystojnego, czarno-białego koleżki ze zdjęć nie ma już wśród nas. Parę lat temu odszedł do psiego nieba. Pewnie dlatego najbardziej podziałała na mnie historia Marleya.

Myślę sobie... gdybym miała opisać losy mojego niebieskookiego przyjaciela, wyszedłby pokaźnych rozmiarów tom opowieści i zdjęć. Na razie jednak nie mogę tego zrobić. To wciąż zbyt trudne.

Gdzieś, kiedyś uczyniłam go bohaterem opowiadania. Bardziej wtajemniczeni czytelnicy wiedzieli, o kogo chodziło, mniej wtajemniczeni myśleli, że... piszę o facecie :-)

Ciekawe, że interpretacja tego, co autor miał na myśli potrafi zaskoczyć samego autora. Ale uznałam ten fakt za komplement. Moja proza okazała się wielowymiarowa ;-)

Hmm... miało być luźno, a wyszło jak zwykle. Muszę pilnie znaleźć sobie jakieś zajęcie, które nie wiąże się z oglądaniem zdjęć sprzed lat. Jednak na koniec...

My :-)

2 komentarze:

  1. miło :) ja podobne uwielbienie mam dla kotów, więc doskonale Cię rozumiem.
    poza tym świetnie pozował! moje kociambry jak tylko widzą aparat chowają się :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A moja mama była wytrwałą asystentką fotografa ;-)

      Usuń

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)