3 października 2014

Jak pies do jeża. Tylko po co?

Dostajemy wiadomość, że przyszła do nas paczka. Idziemy na pocztę, odebrać. Jest zapakowana w bezpłciowy papier, który niewiele mówi o zawartości. Oglądamy ją z każdej strony i... odstawiamy na półkę.

Leży tak kilka godzin, dzień, może nawet dwa. Dlaczego? Bo na przykład z chwilą otwarcia paczki zakończy się okres radosnego oczekiwania, bo dowiemy się, co jest w środku i zawartość może nas rozczarować, bo wyczekiwany przedmiot zmieni się w element szarej codzienności albo, dlatego że czeka nas masa roboty. Ponieważ dorabiamy sobie na boku, klejąc koperty albo składając długopisy, a w paczce znajduje się nowa dostawa materiałów ;-)

Źródło: New Old Stock
Przedwczoraj dostałam moją powieść z poprawkami redakcyjnymi. Wolę się nie przyznawać, ile godzin zajęło mi otwarcie maila z załącznikiem, choć laptop działał bez przerwy, a skrzynkę na gmailu mam wiecznie otwartą. Wolę nie mówić, ile ważnych spraw musiałam załatwić, łącznie z ukochanym praniem i zmiataniem podłogi. 

Dlaczego zwlekałam? 

Czyżby to obawa, że tekst będzie spływał czerwienią poprawek jak po wielkiej masakrze piłą mechaniczną? Nie, w miarę sprawnie posługuję się językiem polskim, a nawet potrafię za jednym zamachem usunąć podwójne spacje ;-)

Strach, że na każdej z prawie dwustu stron Worda odnajdę adnotację, że "ten fragment jest beznadziejny. Trzeba go poprawić"? Nie do końca. Wszak przeczytali i powiedzieli, że biorą. Starzy wyjadacze wydawcy  nie mogli się aż tak pomylić.

Lęk, że będę musiała się narobić? Do diaska! Chyba podświadomie to czułam ;-) 

Zanim jednak podam więcej konkretów, pozwólcie, że powiem wam jedną ważną rzecz:

Jestem niezmiernie wdzięczna za tę redakcję. Pani redaktor odwaliła kawał świetnej, ciężkiej roboty. Jej praca jest doskonała w każdym calu. Okazało się, że tekst nie spływał tak bardzo czerwienią. Może miał po prostu sporo lekkich zadrapań i, szczerze mówiąc, gdyby Pani redaktor chciała pozmieniać drugie tyle, nie miałabym nic przeciwko.

Redakcja i korekta to bardzo ważna rzecz. Wybij sobie z głowy, że sam(a) zauważysz w tekście wszystkie swoje błędy. Uwierz mi: to po prostu niemożliwe! Choćbyś nie wiem jak długo wpatrywał się w każde zdanie. Druga, trzecia para oczu jest niezastąpiona i powinieneś wręczyć Pani redaktor i Pani korektor bukiet kwiatów (albo lepiej wino) za męczarnie, jakie przeżywały nad twoimi zdaniami i za poświęcony czas.

I mała rada: nie walcz jak lew/lwica o każde drobne słowo. Gra niewarta świeczki i nerwów: twoich ani ludzi, którzy pracują na twój sukces. Bo właśnie o to chodzi: żeby tekst, który wręczysz czytelnikowi prezentował się jak najlepiej. 

Co do pracy, którą musiałam wykonać, śmieję się, że to była zemsta Pani redaktor, która musiała poświęcić mojemu tekstowi mnóstwo czasu, więc sama zaserwowała mi robotę. Niektórych zmian nie wprowadziła, tylko zaznaczyła słowa, zdania jako kulejące, opatrzyła je komentarzem i pozostawiła na moją pastwę :-) Aaach, żmudny procesie poprawiania! Ile jeszcze?! :-)

Z tak zwanego "humoru z zeszytów" udało mi się popełnić takie błędy, jak bracia, którzy wyszli za mąż, bluza ubrana w temperaturę, nalewana nalewka czy samonapełniająca się butelka wódki.

Czytając poprawki i komentarze świetnie się bawiłam. To były najprzyjemniejsze momenty ponownej pracy z tekstem.

Jak najlepiej radzić sobie w kontakcie z redaktorem? Odporność, luz, dystans do siebie i tekstu, poczucie humoru. Twoja powieść to nie twoje dziecko. A nawet jeśli chcesz je za takie uważać, to czy nie lepiej, gdy wypuścisz je na dwór w uczesanych włosach i czystej koszulce? :-)

W ramach ciekawostki dodam, że w porównaniu do komentarzy i zmian proponowanych przez naszych piszących przyjaciół (wiecie, o czym mówię: zaprzyjaźnieni beta readerzy, którzy z przyjemnością pastwią się nad waszym dziełem), profesjonalna redakcja to pikuś. Gdybym miała procentowo porównać poziom ingerencji sczytujących nasz tekst przyjaciół po piórze z ingerencją redaktora, byłby to stosunek 60% do 40% . To taka pozytywna wiadomość na zakończenie posta. :-)

6 komentarzy:

  1. Bardzo fajny post. Ja też dostałam korektę opowiadań parę tyg. temu, poprawiłam i wysłałam. Mówią, że jeszcze co najmniej jedna korekta się przyda. Twój "Skryba" to ebook? Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I też udało Ci się zachować dystans do swojego dzieciątka? :-) A jak dalej wygląda u Ciebie sprawa opowiadań?
      Tak, to będzie ebook.
      I owszem, będzie jeszcze jedna korekta :-)

      Usuń
    2. Przypuszczam, że mam do wszystkiego dystans. Na razie czekam na kolejną korektę. A Twojego Skrybę to na pewno przeczytam:)

      Usuń
  2. No korekta jest ciut przerażająca dla początkującego:-) dobry post.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A okazuje się, że nie taki diabeł straszny :-)

      Usuń
  3. Kasia jak zawsze: rzeczowo i mądrze. Nie mogę doczekać się książki!

    OdpowiedzUsuń

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)