9 października 2014

Historia kilku listów

W dzieciństwie co roku jeździłam na kolonie. Pochodzę z małej miejscowości, więc prosiłam tatę, żeby zapisywał mnie na kolonie w największych miastach, jakie znalazł na liście. Pragnęłam poznać wielki świat. Cieszyłam się, kiedy wracał z pracy i mówił:

- W tym roku jedziesz do Warszawy.

...albo do Zamościa, do Pruszcza Gdańskiego.

Pierwsze kolonie spędziłam w Poznaniu. Byłam małomówna, ani trochę przebojowa, nie przyciągałam najpopularniejszych koleżanek, nie zakochiwali się we mnie najładniejsi chłopcy. Za to poznałam K.


K. była dziewczyną ciepłą, sympatyczną, przyjazną i otwartą. Taka cicha smarkula jak ja czuła się przy niej bezpiecznie. Oczywiście K. nadal taka jest. (I być może nawet czyta ten wpis ;-) )

K. mieszkała na odległym krańcu Polski. Po dwóch tygodniach rozjechałyśmy się każda w swoją stronę. 

Jednak nasza przyjaźń przetrwała. Mijały lata, a my pisałyśmy do siebie listy. Długie, szczegółowe, wielostronicowe, serdeczne. Jakbyśmy znały się od piaskownicy, mimo że spotkałyśmy się tylko raz. Nawet dziś mogłabym bezbłędnie rozpoznać staranne pismo K.

K. dużo podróżuje. Dostaję od niej pocztówki z różnych stron świata. Jej pismo nie zmieniło się ani trochę.

Nasza przyjaźń, pomimo jedynego spotkania w Poznaniu, nie tylko przetrwała, ale i osiągnęła nowy etap. Dzięki rozwojowi technologii, internetu, najpierw "złapałyśmy się" na naszej klasie, potem na facebooku.

Chociaż K. mieszkała w różnych zakątkach Europy, osiadła we Wiedniu. Dziwnym zrządzeniem losu znajduje się tam siedziba organizacji, z którą ściśle współpracuje mój pracodawca.

Już wiesz, co zaraz napiszę? :-)

Tak, właśnie tak się stało. Pracodawca postanowił wysłać mnie na szkolenie do Wiednia. Siedziałam przed komputerem jak na szpilkach, gdy pisałam do K., że będziemy miały szansę się spotkać. Po ilu latach? Dwudziestu...?

Udało się! Pewnej jesieni poleciałam do Wiednia i spotkałam się z K. Nie wyobrażasz sobie, jaka to była radość! K. w ogóle się nie zmieniła. Pokazała mi swój Wiedeń. Rozmawiałyśmy do rana. O wszystkim. O ostatnich dwudziestu latach. O życiu, przyszłości, o sprawach osobistych, w największej zażyłości.

Pożegnałyśmy się ciepłym uściskiem i obiecałyśmy sobie, że jeśli pracodawca znów wyśle mnie do Wiednia, na pewno wygospodarujemy dla siebie choć jeden wieczór.

Dzięki temu poznaję K. na nowo, już jako dorosłą osobę, w jej nowych stronach. Przywożę z Wiednia wyjątkowe wspomnienia.

W końcu i K. mnie odwiedziła. Pokazałam jej "swoją" Warszawę. Nie tylko zwiedzałyśmy najważniejsze miejsca, ale i jeździłyśmy na rowerze, zaglądałyśmy do nieznanych zakątków miasta, imprezowałyśmy do rana.

Czasem myślę, że to przyjaźń po prostu filmowa. Gotowy materiał na scenariusz.

Postanowiłam opisać tę historię, ponieważ omawialiśmy z DKK Koński Jar powieść Mary Ann Shaffer i Annie Barrows Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek.

Utwór napisany współcześnie, jednak sięgający głęboko do tradycji powieści epistolarnej. W całości składa się z listów.

Choć tytuł nie zapowiada wybitnego dzieła, podczas lektury powieści można się poczuć jak w gronie serdecznych korespondencyjnych przyjaciół. Listy są pełne ciepła, uczuć, pozytywnej energii, mimo że nie raz dotykają trudnych tematów wojny na odciętej od świata brytyjskiej wyspie.

Powojenna rzeczywistość pozostawiła jednak ludzi niepokonanych, ciepłych, którzy znaleźli własny sposób na poradzenie sobie w nowych okolicznościach.

Jeden z mieszkańców wyspy nawiązuje korespondencyjną znajomość z londyńską pisarką, która zapisała swój adres w egzemplarzu książki, która następnie trafiła w ręce mężczyzny.

Londyńskie życie kontrastuje z życiem mieszkańców wyspy, którzy zaczynają pisać do autorki i opowiadać własne historie. Pisarka, cierpiąc na blokadę twórczą, odkrywa wreszcie, że temat na powieść sam do niej przyszedł.

Postanawia dowiedzieć się o tych ludziach jak najwięcej, również w ich naturalnym otoczeniu. Oczywiście mieszkańcy wyspy zapraszają ją do siebie. Autorka nie tylko gromadzi na wyspie materiały do powieści, ale i znajduje swój nowy dom i nowych przyjaciół.

Zaletą powieści jest to, że listy pisane przez poszczególnych bohaterów różnią się od siebie. Czuć w nich głosy i charaktery każdego z osobna. Listy są ciepłe, bywają nieśmiałe, ale i pełne pasji. 

Jednak za największą zaletę Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek uważam to, że powieść pozwoliła mi podzielić się z tobą historią przyjaźni z K. Życzę Ci, byś mógł kiedyś opowiedzieć podobną. Przecież ludzie wciąż wysyłają listy. Tylko teraz nie trzeba na nie czekać nawet minuty.

5 komentarzy:

  1. Bardzo fajna notka. I jakoś tak ciepło się zrobiło pod sercem. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-)
      A pisałaś też takie listy w dzieciństwie?

      Usuń
  2. Dziekuje za uwiecznienie tej historii. Tak, najpiekniejsze historie pisze samo zycie. K.

    OdpowiedzUsuń
  3. :-) przeczytalam kazdy jeden list. K.

    OdpowiedzUsuń

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)