9 września 2014

Oblężenie świątyni

Kolegiata w Tumie nigdy nie była miejscem sielskim (tylko anielskim), ponieważ w XII wieku atakowali ją Tatarzy i Litwini, w XIV wieku Krzyżacy, w XVIII Szwedzi, a w XXI wieku obległam ją ja.

Tum

Oto dnia 7 września 2014 roku stwierdziłam, iż nie odjadę spod świątyni, póki nie zobaczę jej od środka. Zatrzymałam więc pod murami swoje ileś tam dziesiąt koni i, z uprzejmości dla gospodarzy, odczekałam do końca mszy, zanim zbrukałam święte progi kolegiaty swoimi pogańskimi buciorami. Czekając na swoje pięć minut przez minut mniej więcej trzydzieści, obeszłam mury wokół, skorzystałam z wychodka, przyjrzałam się kwiatkom na bruku, albowiem wewnątrz świętowano dożynki - ludowe święto słowiańskie z czasów przedchrześcijańskich. Ale co ja tam wiem.



Z kolegiatą w Tumie sprawa jest dosyć zabawna. Otóż znajduje się ona 20 km od mojej rodzinnej miejscowości, w której spędziłam 18 lat życia i... nigdy w Tumie nie byłam. Raz zaciągnęłam tam koleżankę ze studiów, chcąc popisać się zabytkiem z XII wieku, wspaniałym przykładem architektury romańskiej, z charakterystycznymi półkolistymi absydami i strzelistymi wieżami, które każdy młody Polak mógł podziwiać w książce do historii. Niestety w świątyni trwały wówczas prace renowacyjne i nikogo nie wpuszczali do środka.

absyda

Po dziesięciu latach ponowiłam próbę.

Udało się. Pozwoliłam wyjść wiernym i wyprowadzić obrośnięty kłosami obraz, po czym weszłam do środka. Wewnątrz pan ksiądz urządził sobie pogawędkę z dziećmi, ale że jestem już w wieku pełnoletnim, uznałam, że nie stanowię dla niego zagrożenia ani grupy docelowej. Inni zaś zasłuchali się w słowa duszpasterza z należnym oddaniem.


Wnętrze... rozczarowało mnie. Rezultaty renowacji okazały się tak wspaniałe, godne podziwu i pokłonów (ze swoimi oczyszczonymi pędzelkiem cegłami, kamieniami, z uzupełnioną zaprawą), że miałam wrażenie, iż budowla, zamiast w XII wieku, powstała dwa lata temu.

architektura

Bardzo spodobał mi się sufit, ale on akurat należy do nowej epoki.

wnętrze

Wycieczkę zakończyła wizyta w zamku w Łęczycy. U tego samego diabła Boruty, który podobno ukradł świątynię tumską i przeniósł z Łęczycy na obecne miejsce, czego dowodem mają być pozostawione na wieży ślady pazurów diabła.

Obeszłam również (sąsiadujące z zamkiem) więzienie w Łęczycy, znane z tego, że w jednej z pierwszych scen Vabanku Kwinto wychodzi na wolność tamtejszą bramą, by zaraz wpaść w kolejną kryminalną intrygę. Co ciekawe, więzienie wystawiono na sprzedaż. Kto je kupi i co w nim urządzi?

Z wieży zamkowej roztacza się widok na miasto, w tym na rynek, na którym akurat odbywał się prawdopodobnie wiec wyborczy. Nie zwieńczyłam więc wycieczki wizytą w lodziarni. Prawdę mówiąc, do Łęczycy chodziłam do liceum. Rynek miejski kojarzy mi się przede wszystkim (miło) z koncertami z okazji dnia dziecka, podczas których mogłam się czuć jak naprawdę duża dziewczynka ;-)

Następna wycieczka przede mną. Marzy mi się pewien zamek... tym razem gotycki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)