19 lipca 2014

Kim jest Bezdomny Bajarz w opowiadaniu "Bajka Bodzia"?



Bajka Bodzia

        Książka upadła z hukiem na trotuar tuż obok kolana Bodzia. Natychmiast przestał mamrotać pod nosem. Bodzio bez przerwy mruczał coś do siebie. Nikt nie rozumiał, co, ale gdyby ów ktoś zechciał przystanąć i się wsłuchać, dowiedziałby się, że Bodzio opowiada bajki.
          Kiedyś nazywał się Bogdan. Teraz jest Bodziem, żulem Bodziem albo po prostu żulem. Pisanym małą literą. Nikim. Siedzi w kucki pod kościołem, oparty o ścianę z piaskowca. Bodzio nie lubi kościołów. Ludzie, którzy tu przychodzą nie są tacy, jacy powinni być ci, którzy wierzą w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. Bodzio mógłby klepać formułki z pamięci, tyle już tu siedzi. Ale gdy raz przeniósł się na rynek, pod kamienicę czynszową, w której kiedyś mieszkał, zrobiło mu się jakoś tak wstyd, jakoś tęsknie, za byłą żoną, za byłą córką, a potem gospodyni wynurzyła się z bramy i przegnała smutnego Bodzia miotłą. Dla bezpieczeństwa przeniósł się z powrotem na drugi koniec miasteczka. Pod stary niedobry kościół.
          Bodzio każdego dnia obserwował rąbki bistorowych spódnic, wyjmowanych na odświętne, niedzielne okazje z pachnących naftaliną szaf. Obcasy topornych czółenek były albo zdarte od płyt chodnikowych wysłużonych jak całe miasteczko, albo oblepione błotem wiejskich podwórek, zawłaszczonych przez kury i gęsi. Przykrótkie męskie nogawki furkotały nad kolorowymi rombami skarpetek. Z płyt trotuaru unosił się narkotyczny zapach pasty do butów. Czasem jeden czy drugi obcas zahaczył o Bodziową nogę, czasem wyświecony czubek buta nastąpił mu na dłoń. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Bodzio dalej mamrotał pod nosem ledwo słyszalne dźwięki.
          Dawno temu myślał, że ludzie, którzy z takim namaszczeniem spieszą do świątyni, biją się w pierś, że aż brakuje im tchu, padają na kolana, poświęcając jedyne rajstopy i delikatną materię garnituru, który służył od dwudziestu lat i jeszcze posłuży, gdy tylko krawiec naszyje na kolana łaty, otóż Bodzio myślał, że tacy ludzie będą tak samo hojnie obdarzać kościół, jak i jego. Mylił się. Mylił się całkowicie. Przysiadł raz u bocznych drzwi, żeby odetchnąć w cieniu i dostrzegł, że nawet taca księdza była niemal pusta. Pusta jak leżący przed Bodziem filcowy kapelusz.
      Na co oszczędzali? – zastanawiał się, wygrzebując od czasu do czasu miedziaka, upuszczając z pietyzmem do kieszeni, aż zbierze się na flaszeczkę. Już nie pamiętał, kiedy ostatnio pił. Życie bezdomnego wysłało go na odwyk. – Na papierosy. Musieli oszczędzać na papierosy.
Podłogę Bodziowego mieszkania bez ścian pokrywał dywan petów, z których połowa jeszcze przed chwilą się żarzyła, kiedy ostatni parafianie zasysali ostatnie dawki nikotyny przed wejściem do miejsca, w którym czekało ich odpuszczenie grzechów. Pozostawiali za sobą chmury spalonego tytoniu i wkraczali w chmury kadzideł.
            Bodzio ani na chwilę nie tracił uśmiechu z ogorzałej, pomarszczonej twarzy. Szczerzył wybrakowane zęby, choć papierosy to rzecz, której nigdy nie chciał i nie odważył się spróbować. Bał się, że ochrypnie, straci głos i nie będzie w stanie opowiadać bajek Irence, swojej najukochańszej córce. Opowiadanie bajek Irence było tym, co rozjaśniało jego świat nawet teraz, gdy Irenka wciąż mieszkała z mamą na rynku. Teraz już dorosła, z własnym dzieciątkiem i z młodym mężem, zupełnie niepodobnym do Bogdana, choć przecież dziewczynki mają w zwyczaju wychodzić za mężczyznę takiego jak tatuś. A tatusia mama przepędziła za pijaństwo. Młody mąż był księgowym i nie opowiadał bajek. Jego słowa składały się z cyfr, a cyfry nijak nie oddają piękna otaczającego świata.
            Książka upadła z hukiem, rozrzucając wokół szczątki wypalonych papierosów. Bodzio w pierwszym odruchu chciał wyciągnąć rękę, podnieść ją, żeby się nie zabrudziła, ale bał się, że za moment ktoś po książkę wróci i Bodziową rękę przydepcze. Poczekał. Miał czas. Nikt nie wracał, wokół pusto, tylko jakaś para, mąż, żona, wiele mozolnych lat razem, kłóciła się o kozę wywiezioną na targ.
            – Za mało za nią wziąłeś. Ganek się kolebie, na słupki i schody nawet nie wystarczy.
           – Zamknij się, kozo, i wchodź do kościoła. Za rozum się nowy pomódl.
      Bodzio pomyślał, że to ich modlitewnik, że upuścili, transakcją nieudaną zaprzątnięci. Ale oni przekroczyli próg wytarty, drewniany i zniknęli w zbiorowisku innych rozmodlonych dusz, które przed chwilą planowały, jak ograbić sąsiada ze spadłych owoców. Oby na tym poprzestali. Człowiek człowiekowi wilkiem, ale dopiero po zakończeniu ogłoszeń parafialnych.
         W końcu wyciągnął rękę, ani na moment nie przerywając mamrotania i jeszcze bardziej obnażył dziąsła, gdy zbliżył książkę do zaropiałych oczu. Wyczyścił kąciki powiek czarnymi paznokciami, palce otarł o połę koszuli. Zastygł, wpatrzony w okładkę.
            Bajki. Po prostu Bajki bez autora. Tytuł mienił się brokatowymi literami, osypywał się na Bodziowe mankiety, na które niemal zbiegał jednorożec, a tęcza owijała się wokół nadgarstka. Okładka zawierała wszystko, co może interesować dzieci, statek, piratów, skrzynię ze skarbem, ciemny las, nieznanej maści zwierzęta, domek z piernika i siedmiomilowe buty. Cała ta zbieranina czekała na Bodzia i choć Bodzio myślał, że zna wszystkie bajki świata, to z nadzieją otworzył książkę, bo może znajdzie coś, czego Irenka do tej pory jeszcze nie słyszała. Ale książka była pusta.
          Przekładał kolejne strony, setki stron, wszystkie białe jak dwadzieścia lat temu Bodziowa koszula. Co miał z nimi zrobić? Samemu zapisać? Nawet nie miał ołówka. Poza tym każde słowo wyrył sobie w głowie trwalej niż na pomniku ze spiżu. Ale uśmiech na twarzy Bodzia nie zgasł nawet na chwilę, bo wtem stwierdził, że ta książka to musi być otwarta propozycja. Propozycja nowych bajek, które Bodzio ma sam wymyślić, więc ujął książkę i zaczął czytać z pustych stron. Czytał, tworząc na poczekaniu, a jego głos od dawna nie był tak przejrzysty i melodyjny.
          Odtąd przechodnie przystawali na chwilę, by przysłuchać się opowieściom bezdomnego bajarza. Tak zaczęli na niego mówić, Bezdomny Bajarz, wielkimi literami, nareszcie stał się kimś. Tkał historie, które zmuszały słońce, by wyszło zza chmur, a chmury, by rosiły deszczem zmęczonych od skwaru słuchaczy. Oczarowane dzieci kucały na trawie, obracały w jego stronę uszy i zrywały koniczynę. Plotły wianki, które potem zakładały Bajarzowi na głowę. Uśmiechał się do nich szczerbato, tym szerzej, jeśli zobaczył znajomą twarz. Jednak żadne dziecko nie miało na imię Irenka. Dlatego Bodzio tkał i tkał, przekładał wątek przez osnowę, dopóki pewnego dnia nie uda mu się stworzyć tkaniny na najpiękniejszą suknię.
       Paprochy tytoniu wokół Bodzia zniknęły. Ludzie przestali traktować go jak popielniczkę, siebie wzajemnie przestali traktować jak zwierzęta. Kto przyszedł posłuchać Bajarza, odchodził z radością w sercu i postanowieniem, że jutro zaprosi sąsiada w gościnę. Do filcowego kapelusza gęściej wpadały monety. Bodzio odkładał je z pietyzmem do kieszeni, teraz pobrzękującej, ilekroć poprawiał koszulę. Myślał o flaszeczce, która kiedyś przenosiła go w inne miejsce, ale teraz wystarczała mu książka, a raczej wyobraźnia, dzięki której mógł znaleźć się w najodleglejszych zakątkach świata. Ksiądz wyszedł po mszy i nie przepędził Bodzia. Wrzucił do kapelusza ciężką monetę z pełnej tacy. Bodzio pomyślał, że sobie odłoży, że zbierze tyle, by kupić koszulę, spodnie, buty nowe wypastować i wyczyszczonymi paznokciami zapukać do drzwi mieszkania w kamienicy czynszowej na rynku. Tylko musi wpierw przeczytać wszystkie opowieści.
          W połowie książki był już bogatszy od zamiatacza ulic, lecz nie przestawał tkać historii. Bał się, że jeśli nie przeczyta książki do końca, jego fortuna się odmieni. Nie bez powodu zyskiwał uznanie i zbierał grosz do grosza. Do przedostatniej strony dotarł, gdy noce stały się zimne i przypomniały mu, że powinien rozejrzeć się za kocem. Nie zrobił tego jednak. Wstał tylko, otrzepał portki i udał się rankiem do sklepu odzieżowego, gdzie nabył wszystko to, co sobie wcześniej zaplanował. Zakupił również torbę, taką, w której mieściła się książka. Schował ją, zaznaczywszy przedostatnią stronę, bowiem na końcu znajdowała się specjalna, najlepsza bajka. Bajka dla wyjątkowego dziecka. Ruszył na rynek, łopocząc na wietrze nogawkami, które odsłaniały skarpetki w kolorowe romby.
            – Czego, brudasie? – odezwała się kobieta stojąca w drzwiach, z małą dziewczynką na ręku.
Dziewczynka była wypisz wymaluj jego mała Irenka, jak dwie krople wody. Chciałby ją wziąć w ramiona, przytulić, ale zrozumiał, że ten aniołek uśmiechnięty, to nie ona, że Irenka wprawdzie też tu jest, tylko duża, dorosła i bardzo niezadowolona z jego wizyty. Zorientował się, że zapomniał się umyć. Pragnął ukryć brudne dłonie, ale przecież przyszedł przeczytać jej bajkę. Otworzył torbę i wyciągnął okładkę z tęczą, jednorożcem, skarbem, lasem, wszystkim tym, co może interesować dzieci. Przerażona kobieta otworzyła szeroko usta. Co ten dziad chce jej zrobić? Co on tu wyciąga? Musi ratować córeczkę!
– Pani Halino! Na pomoc! Pani Halino!
Gospodyni wbiegła na pierwsze piętro ze swoją nieodłączną miotłą i zaczęła okładać Bodzia. Książka upadła okładką do góry, kalając białe strony śladami butów ze spracowanych nóg. Bodzio wypadł na ulicę w podartej, poznaczonej razami koszuli. Był teraz kimś pomiędzy Bogdanem, Bodziem, a Bezdomnym Bajarzem. Znów nie wiadomo kim. Znów bezimiennym żulem pisanym małymi literami.
Gospodyni zamknęła bramę na klucz i stanęła na warcie, czekając aż zniknie ten śmierdzący lump. Bodzio przeszedł na drugą stronę ulicy, przeplatając osłupiałymi nogami. Nie wiedział, gdzie iść, stracił cel i milczał. Głos również stracił.
Przystanął pod witryną sklepu spożywczego. Mógł stanąć gdziekolwiek, ale los zatrzymał jego buty właśnie tutaj. Drzwi otworzyły się z impetem. Jakaś kobieta wypchnęła męża ze sklepu.
– Nie będziesz mi tu wódki kupował! Całą kozę przepijesz! Po coś ją brał, żeby teraz za butelki sprzedawać?!
Bodzio śmignął za plecami mężczyzny i już był w środku, już oglądał regał. Flaszeczki duże i małe, etykiety zachęcały jak okładki książek, zapraszały do lektury opowieści, które pozwolą się przenieść do najdalszych zakątków świata. Wyszedł, zaciskając dłoń wokół smukłej szyjki. Odstawił torbę na ziemię i otworzył butelkę. Uniósł ją z namaszczeniem, ale okrążyło go stado much. Obsiadło jego nos, usta, flaszeczkę i bzyczało natrętnie jak zepsuty dzwonek.
Irena weszła do domu, zaciskając dłoń na kolorowej okładce. Odstawiła Marlenkę na podłogę i otworzyła książkę. Zobaczyła, że jest pusta i brudna, więc odwróciła się w stronę kosza na śmieci, ale Marlena zaczęła biegać wokół niej, szarpać spódnicę niczym rzep.
Odłożyła machinalnie książkę na parapet. Przez otwarte okno dobiegł ją brzęk rozbijanej butelki. Potem nastała cisza. Marlenka momentalnie straciła zainteresowanie matką i doskoczyła do okna. Wychyliła się najdalej jak mogła, żeby zobaczyć, co się stało. Jeszcze centymetr, jeszcze dwa, wyciągała rączki w powietrze. Irena chwyciła ją w pasie, by uratować przed upadkiem z wysokości. Książki jednak nie uratowała.
Upadła z hukiem na chodnik.
Bodzio od razu rozpoznał kolory tęczy i piratów na okładce. Spojrzał w górę, gdzie w rogu okna na pierwszym piętrze przyglądała mu się kobieta. Nie wyszła z cienia, ale i nie schowała się z powrotem w głąb mieszkania. Bodzio przekroczył asfalt, schylił się i ujął z pietyzmem książkę. Leżała okładką do góry, otwarta na przedostatniej stronie. Bodzio jej nie zamknął, tylko spojrzał w górę. Powoli obnażył dziąsła w swoim szczerbatym uśmiechu. Kobieta wciąż stała w oknie, tylko teraz patrzyła na córkę. Trzymała ją ostrożnie, żeby zanadto się nie wychyliła.
– Mamo, moja książeczka! Nie zdążyłaś mi jej przeczytać.
Kobieta spojrzała na człowieka na dole i przypomniała sobie, że gospodyni opowiadała o jakimś Bezdomnym Bajarzu pod kościołem, którzy czyta bajki z pustej książki w kolorowej okładce.
Czy to on? – zaczęła się zastanawiać, ale natychmiast porzuciła tę myśl, bo Marlenka już stała w korytarzu i zakładała buciki.

3 komentarze:

  1. Tak sobie czytam i tak sobie myślę o tym Bodziu: brudnym, szczerbatym - generalnie, zaniedbanym od stóp do głów. Cóż to za materiał na książkę: historie ludzi a'la Bodzio. W podobnej sytuacji, miejscu, czasie, okolicznościach przyrody. Jakimi drogami zawędrowali na śmietniki, pod mosty, czy inne "przechowalnie" dla ludzi bez. Naszą uwagę zwracają na ogół tylko dlatego, że są swego rodzaju skazą na naszym "lepszym" życiu: czystszym, pachnącym, uporządkowanym.
    Swego czasu krążył po Internecie taki filmik: chłopaki z kamerą i mikrofonem zadawały młodziakom spotkanym na ulicy, pytania obejmujące materiał późnej podstawówki, gimnazjum plus wczesne liceum - nic wyjątkowego, podstawowe podstawy, rzec by można. Szacunkowo, grubo ponad 80% "dzieciaków" nie znało odpowiedzi, bądź odpowiadało źle. Na koniec, identyczne pytania usłyszał przedstawiciel środowiska "lumpiarskiego", wiek circa 35-40 . Na wszystkie odpowiedział dobrze i bez zastanowienia. NO COMMENTS.

    Iwona, nie do końca anonimowa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany, widziałam ten filmik! Ale tu już otwiera się nowa dyskusja na temat obecnego systemu edukacji, który "tworzy" ludzi potrafiących rozwiązywać określone testy, natomiast niepotrafiący wykazać się abstrakcyjnym myśleniem.

      Usuń
    2. Mój nauczyciel prawa jazdy miał sporo do powiedzenia na ten temat.

      Usuń

Zanim skomentujesz, zapoznaj się z zasadami bloga :-)